camino

camino

niedziela, 13 stycznia 2013

Who let the dogs out

Hanemu śniłem się dziś ja i Paco. 
Bawiłem się z Nim w Jego ogrodzie.
Było mmmmiło...

   Skoro o pieskach mowa (piśmienna :P), to i ja z racji tego, że weekend z Mężem mamy fotkowy, wklejam pana z pieskiem.
Hany mówi, że to etatowy wyprowadzacz na spacery dla mojej Pani L (tylko co by mój Dedi robił? :P:P:P), bo sam piesek zaś bardzo Ją przypomina.
Moja Pani L tylko wilczą ma sierść, a ten psiuniek...
taki jakby... kafeeee lateee :)
Słodkie jedno i drugie, dlatego obraz ten zdobi tapetę mego laptopa od wczesnych godzin popołudniowych :)

Radosnej niedzieli all.

Kocham 
wącham
i pod nogami się plątam :) (bo to lubię)

hał hał :)

sobota, 12 stycznia 2013

Diri-diri

Powiedziała Blondi sama do siebie, po czym spryskała szyje duszącą nasze nozdrza perfumą i wyszła z obozo-pokoju. Zerknęliśmy z Kejt na siebie w uśmiechu, powstrzymując się od głośnego parsknięcia :)
Idzie ku dobremu. Może zaczną powstawać jej nowe rymy, które wzbogacą "nasz słownik"? :)
   Diri-diri zrobiła wczoraj Agnieszka Dominice podczas finału turnieju WTA w Sydney.
6:0-6:0, taki wynik uzyskała i rowerkiem odjechała do Parku w Melbourne na startujący od poniedziałku pierwszy tegoroczny Wielki Szlem.
Mój ulubiony :)
Oby tak kontynuowała świetną passę i powiększała bilans wygranych spotkań.
   Diri-diri, jak sobota-niedziela.
Dwa dni wolnego.
Weekend.
Aj lajk yt.
   Dostałem od Bejbe dwa zajefajne kardigany z H&M`u.
Czerwony i niebieskawo-szary :)
Mersi maj dizajner :*
Zbieram garderobę na wiosnę, by wystrzelić z pąku jak kolorowy kwiat na rabacie :)
Najlepiej tulipan :P
 
Zimowo na dworze polu się zrobiło, co mnie nawet cieszy, bo przynajmniej jaśniej za oknem.
Koniec z szarościami.
Wiadomo, że lepiej gdyby nadeszła już wiosna, ale miesiąc nie ten :)
Poczekać trza jeszcze.
   Poranne zakupy w markecie zrobione, domowe sprzątania poczynione, więc odpoczywam.
Potem popołudniowe imocje sprintującej dziś Jusi :)
Mam nadzieję, że wejdzie do finału :)
Pod wieczór wstępne przygotowania do niedzielnego obiadu.
Pieczenie buraków na jutrzejszy barszcz i marynowanie mięsa na gulasz, bo dawno nie miałem go w swym menu.
No i kompot rzecz jasna.
W niedzielę musi być kompot :)

Miłego weekendowania wszystkim :)
Nie przemarznijcie zbytnio.

Ps. Idąc rano na szopy (temp. -5st.C) spotkałem dziewuszysko postury grycan`owskiej na czarno-czerwono odzianą.
Czarna czapa, czarna kurka lekko za tyłek, czarne kozaki do kolana,...a co czerwonego zapytacie? :)
Czerwone jak cegła uda od przemarznięcia.
Dziewucha na taki mróz wyszła z gołymi nogami.
Nawet rajstop nie miała!!!
To było szokujące doznanie dnia!
Feeee!


Bejbe
całuję:*:*:*
dziękuję
Kocham :*


czwartek, 10 stycznia 2013

W ławeczce

 ...siedzący, odziani (ledwie) uczniowie przyprawialiby częstokroć swych nauczycieli (płci: męskiej, orientacji: przynajmniej bi) o niekonieczność posiadania jednego z nieodłącznych przedmiotów belfra- wskaźnika :P:P:P
 
   O 4:54 obudził mnie Hany.
"Jest mecz Agi na żywo".
Ja ledwo żywy po omacku wymacałem włącznik dekodera w jednym pilocie, potem telewizora w drugim i startujemy.
Z każdą minutą widzę coraz więcej, tym bardziej, że wynik dobrze rokujący.
Lepiej i lepiej z każdą minutą.
W międzyczasie życzenia miesięcznicowe.
Tzw. pierwsza miesiączka w nowym roku.
U Pani L też, tylko, że u Niej zwie się to inaczej i na czym innym polega :P
Na szczęście, to tylko dwa razy w roku :)
Szykuję się na autobus do stolicy województwa.
Dziś spotkanie w sprawie nowego obozo-stanowiska, do którego razem z Kejt wysyłaliśmy formularze aplikacyjne.
   Po ponad sześciu kwadransach Aga przerywa niekorzystną dotychczas passę gry z LiNą i wychodzi z meczu zwycięsko.
Kolejny finał na otwarcie sezonu.
Ahiii-Agiii :)
Jajeczniczka dochodzi, espresso się sączy, włoski dogładzam...el-dupio-falo :)
Gacie wybrane.
Strój skompletowany.
Tato obudzony przez moje poranne rychtunki, wstaje i szykuje się do lekarza na kontrolę.
Ja natomiast jak to mam w zwyczaju, nie mogę się wyrobić by wyjść na przystanek :)
Dochodzę, wsiadam i jadę.
Podczas podróży wymyślamy z Kejt scenariusze czekającego nas spotkania.
Nominujemy kto będzie i o czym będzie gadka :)
Zazwyczaj dobry jestem w prognozowaniu, jednak dzisiejszy scenariusz przerósł naszą dwójkę ponad wszystko!
Okazało się, że tylko my byliśmy na dziś zaproszeni.
W sali zastaliśmy dwa małe stoliczki, kilka krzeseł oraz bufet z czajnikiem na wodę, ciastkami i... kawą rozpuszczalną w słoiczku nescafe (a neska to nie była, bo za duże i za bardzo wysuszone granulki- a wstyyyd!) :P
Po chwili przyszła pani i oznajmia nam byśmy się przysiedli do stoliczków.
Każdy do swojego.
Rozdała nam trzy rodzaje testów i heja!
Godzina czasu. Do testów. Gotowi?! Start!
Pierwszy psychologiczny, opisowy.
Czułem się jak na języku polskim.
Drugi sprawy ubezpieczeniowe.
Trzeci- bankowy.
Żeby tak szybko przyjemność się nie zakończyła, to po zakończeniu testów, do pani prowadzącej dołączyły dwie inne panie na rozmowy indywidualne.
Poproszono mnie o opuszczenie sali i torturom oralnym poddano Kejt.
Po kwadransie mnie.
Ogólnie nie jestem gadatliwy i przy obcych się raczej mało odzywam, ale tendencyjne pytania tych pań doprowadzały mnie do śmiechu.
Całkiem na luzie podszedłem do tych pytań.
Poproszony o wymienienie mojego największego życiowego sukcesu, odpowiedziałem całkiem nie-bankowo ani ubezpieczeniowo- moje codzienne, osobiste, prywatne małe sukcesy, czyli to jakim jestem człowiekiem, jacy ludzie mnie otaczają i to że wpływ czasu nie jest w stanie negatywnie zmienić mnie jako człowieka.
Panie usta zrobiły jak staruszka z teledysku Wannabe Spajsetek :) (takie w dziubek), a ja dorzuciłem...
jestem skromną osobą :)
(Kiedy opowiedziałem to Agacie, którą spotkałem w drodze do domu, powiedziała- trzeba było wymienić swoje poczynione ekskluzywne świąteczne wypieki).
   Poproszono Kejt.
Dołączyła do mnie.
Podziękowano za poświęcony czas i odesłano do domu.
W życiu bym nie podejrzewał, że taki poranek mnie czeka.
A iiiiiiidź!
   Dylemat miałem, że za wcześnie w domu będę.
Nie wstępowałem już do obozu.
Skoro delegacja, to delegacja i tak za bardzo się zawsze wszystkim przejmuję, więc tym razem postąpię jak na obozowicza przystało- omijam gmach szeroookim łukiem.
Jak fajnie tak szybko być w domu.
   Przed piętnastą zadzwonił kurier.
Hany zrobił mi mega prezent poduszkowy!
Dostałem dwie zajefajne poduchy na łóżko.
Takie profesjonalne, z kulkowo-sylikonowym wypełnieniem.
Z możliwością prania w temperaturze 95 st.
Gites!
Oj będą dziś sny.


Ps. Nawet kurier z miłym uśmiechem był :P
Ps.1) Ciekawym jego wypełnienia :D:D:D (nie, żebym był zboczony :P)

Dziękuję Bejbe za DNM i extra surprajs :*:*:*

Kocham
całuję :*:*:*
dziękuję



środa, 9 stycznia 2013

Sen- zeń- Zień

   Dziś druga zmiana.
Mogłem sobie pozwolić na nieograniczony sen.
Obudziłem się kilka minut po dziewiątej.
Sen, a właściwie sny rzeczywiście były nieograniczone.
   Przez 3/4 długości nocy męczyłem się szukając opakowania na paczkę.
Najprościej byłoby otworzyć oczy, zresetować sen i się nie męczyć.
Jednak podczas snu nie zawsze mamy na to wpływ :)
   W drugim śnie byłem w Zakopanem.
Spotkałem dwie koleżanki, które pracują w jednym sklepie w mojej metropolii.
Tam prowadziły własne biznesy, a co chwile do izby wpadali im rasowi górale w strojach ludowych i smaląc cholewki śpiewali im i żartowali.
Podczas tego snu ubrany byłem w jagodową koszulę, której kołnierz wpijał mi się w uszy :)
Kaśka z racji tego, że realnie pracuje w odzieżówce jednym szarpnięciem zerwała guziki, które odpadały z dźwiękiem przeciąganego w dół suwaka.
Pozbyłem się kłopotliwego ucisku przy szyi, a koszula nabrała innego fas(hi)onu.
Odtąd miałem ją śmiało rozpiętą.
Dekolt prawie jak Dido w "Here with me" :P
Klata zeń mi się wylewała :P
Pamiętam duże oczy Kaśki z przekrwionymi białkami, kiedy mówiła o tęsknocie za dziećmi.
Dopiero koło końca roku miała zamykać zakopiański biznes i wracać do domu.
   Ostatni sen był sceniczny.
"Jajako" widz.
Majka Jeżowska- prowadząca koncert na małej scenie.
Na scenie głównej zaś śpiewające wokalistki- Kayah i Halina Mlynkova...
...a na scenicznym tronie siedział nagi Krzysztof Kiljański, zasłaniający od czasu do czasu z dużą nieśmiałością swe przyrodzenie :)
Miał busz nie będąc Dżordżem :D:D:D
Widziałem :P

wstaję
budzę
i marudzę


iloveyou :*:*:*

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Wywody- wzwody

...to czego szczerze życzysz drugiej osobie, wróci do ciebie z nawiązką

   Dzisiejszy poranny sms do Hanego zakończyły takie me słowa:
"Sił, zdrowia i Miłości oraz wielu powodów do radości i wzwodów ;)
Kocham Cię i całuję gorąco :*".

   Dzień chłodny, szary, nieciekawy.
W pracy nudny i dłużący się.
Poza dwoma sexi petentami (po jednym na oko), żadnego towaru wartego większej uwagi,
Z obozu też wyszedłem dwadzieścia minut później niż powinienem.
Po drodze zahaczyłem o lidla, gdzie przy wejściu wjechałem wózkiem w dupę chłopaka wchodzącego razem z dziewczyną do rozsuwanych drzwi marketu.
Nie, że celowo.
Para za późno zreflektowała się, że potrzebny będzie wózek :)
Nie spodziewałem się nagłej zmiany prędkości ich szybkiego marszu.
Totalne wyhamowanie kolesia i mój pędzący wózek praktycznie zaparkował na jego pośladkach.
Odbił się od nich :)
Głupio mi się zrobiło, przeprosiłem, nie do końca poczuwając się do winy :)

Dochodząc do domu dostałem zaproszenie od Męża na podziwianie jego wysiłku fizycznego.
Hany realizuje noworoczne postanowienie, zgodnie z którym od dziś zaczyna ostro ćwiczyć.
Of course, że skorzystałem z zaproszenia.
Pognałem zatem do biedry, by kupić... skakankę :)
Tak, ja też postanawiam zacząć ćwiczenia.
A skakanka fajna z licznikiem obrotów i spalanych kalorii w neonowych kolorach zachęcających do użytkowania :)
Nie popełnię już żadnego błędu i kontuzji stawu skokowego nie będzie :)
Jutro dokupuję dwie opaski uciskowe na staw skokowy :)
Nie miałem ze sobą w sklepie centymetra, bo trzeba zmierzyć obwód stopy w najwyższym punkcie, by dobrać właściwy rozmiar :)

Po powrocie poszedłem, do sąsiadów piętro wyżej.
Miałem do zaniesienia sąsiadce pismo urzędowe, więc...
Dzwonię.
Otworzyła.
Ucieszyła się, że pamiętałem i przyniosłem to, na co czekała.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi łazienki znajdujące się wprost drzwi wejściowych, otwartych w pełni swej szerokości.
Z łazienki wyszedł Młody :)
Tak, tak, ten sam, który w tamtym roku otworzył mi drzwi przyodziany w same białe bokserki w grochy :P
Pewnie się wygrzał w kąpieli, bo wychodząc wypuścił z siebie jakby nadmiar zalegającego w nim powietrza.
Albo konia walił i był to wyziew relaksu :)
A może jedno i drugie? :)
W każdym bądź razie przykładny młodzieniec biorący kąpiel przed wieczorynką :)
No ale mało tego.
Normalnie uciekłbym szybko z pola widzenia, i schował się w swoim pokoju, ażeby sąsiad rozmawiający z domownikiem mnie nie oglądał.
On zaś zniknął tylko na chwilę, po czym podszedł do otwartych drzwi obok swej mamy skinął głową na powitanie i stojąc oparty o futrynę przysłuchiwał się o czym gadamy.
Interesowało go to jakbyśmy prowadzili wywody o najnowszych grach komputerowych lub o nowym modelu skutera, który dostanie na wiosnę :)
Uśmiechał się.
Miał na sobie biały, lekko prześwitujący tiszert i białe bokserki (niestety nieprześwitujące :P).
Stopy gołe w japonkach :)
A co ja robię mając do czynienia z sexi bosonogim bojem? :)
(Widzę, że Hany wie, bo się uśmiecha)  :)
Wygrzebałem z kieszeni płaszcza paczkę chusteczek.
W zamyśle miałem się wysmarkać (i bynajmniej nie po to by lepiej go poczuć, bo przecież po kąpieli był :P), ale po to, by bezpośrednio po wyjęciu z opakowania jednej sztuki, niby niechcący- upuścić na podłogę całą paczkę :D
Celowałem jak Renia Mauer i udało się.
Spadła wprost pod jego stopy.
Wtedy nastąpiła najprzyjemniejsza chwila korytarzowych odwiedzin, tudzież doznań :P
Godzinami mógłbym kucać podnosząc te chusteczki, ale przecież tyle nie można.
Nie wypada.
Przyjemność niebywała, ale niestety krótkotrwała.
No ale liczy się bliskość tych kilkunastu centymetrów :)

Może nie w formie "wprost", ale...
doznałem wzwodu emocjonalnego :)

Dobrej nocki all :*


ślinię
masuję
strzepuję :*:*:*
(Twój wzwód Bejbe) :P





sobota, 5 stycznia 2013

Lizanie dupy

nie zawsze fajne jest...

   szfowa zarabia "na tyle mało", że cyklicznie co drugi miesiąc z samego rana wychodzi ze swej kajuty do napuszonej- prawej ręki.
Uśmiecha się, jest miła, wdzięczy się, wszystko po to by po godzinie zapytać, czy ta będzie miała potem chwilę czasu by ściąć jej włosy.

Przy starej, napuszona rzecze:

"Dobrze, nie ma problemu. 
Potem panią zetnę".

Zaś za jej plecami:
"...ale mnie mamusia od rana wkurwia. 
Chodzi i truje mi dupę, żebym ją ścięła,
tak jakby nie mogła iść do fryzjera".

   Za te usługi mamusia rzecz jasna skora będzie większą premią sypnąć, bo zarówno dla jednej jak i drugiej świat materialny to "pojęcie obce" :P
napuszona leci na kasę, stara zaś za przekazaną jej premię liczy na pomoc w obowiązkach, bo poza tym, że siano ma na głowie, to i w niej.
napuszona choć mądra i bystra jest.
Symbioza idealna.
Żyć nie umierać.

   Między trzynastą, a czternastą stara zwilża kudły na łbie, przywdziewa długi fartuszek jak niegdyś dzieci w szkołach i spierdala do kajutki, co by za dużo osób jej nie widziało.
napuszona zaś z miną "na kwaśne jabłko" bierze biurowe nożyczki (!!!) i idzie dumnym pawim krokiem.
Zamykają się obie w pokoiku i jest słodko, miło, przyjemnie.
Inni są wtedy beee.
Liczy się to miejsce, ten czas i ci ludzie (dwie pizdy warte siebie jak chuj).
Nie potrzebny jest nawet świetlny neon "nie przeszkadzać".
Każdy wie, że nie wolno tam wejść.
Drzwi i klamka są pod napięciem.

W razie czego włodarze mają naradę i nie wolno im przerywać.

Karen mówi, że w przyszłym tygodniu przyjdzie do pracy z kosmetyczką, by ta zrobiła jej paznokcie :P
...no bo jeśli brać przykład z szefostwa, to Pięta przyszłaby z kowalem, by ją podkuł, Oscyp ze stylistą, bo chciałaby w końcu fajnie wyglądać, a Blondi z baristą, bo uwielbia kawuńki- pikuńki.
Mielibyśmy wielozawodowy obóz i każdy znalazłby w nim coś dla siebie.
Każdy byłby zadowolony i może w końcu jeden drugiemu niekoniecznie chciałby oczy wydłubać.

Na koniec zacytuję... Gargamela:
" Jak ja nie cierpię tych obłudnych smerfów!!!"

Ps. Pomijając powyższe wywody...
lizanie dupy, to ono przyjemne jest :)


tęsknię
liżę
Kocham :*:*:*






Aussie rok 2013

patelnia mi to wywróżyła :P
   Zakończył się tak uwielbiany przeze mnie przedłużony okres świątecznej biesiady.
Każdego roku wraz z odjazdem Męża kończy się ten czas.
Schodzi ze mnie radość z cieszenia się każdą pierdołą.
I jak to podczas każdej rozłąki brak mi Go na każdym kroku.
Mam wrażenie, że zaraz wychyli się zza drzwi i powie coś czym mnie rozbawi, bo jak zawsze kiedy się widzimy nie ma dnia byśmy nie wymyślili hasła przewodniego, które bawi nas przez następne doby.
   Dni między Świętami a Nowym Rokiem jak zawsze przebiegały w pełni dobrego nastroju, ciepła domowej radości i Miłości, która szczególnie buzowała nocą na łożu :)
Dobrze, że tylko czwartek i piątek po świętach, były dla mnie roboczymi dniami.
Powoli mogłem sobie rozplanować przygotowania na sylwestrowy wieczór i nie tracić Męża z pola widzenia podczas etatu w obozie.
   W ostatni dzień starego roku odwiedziła nas jeszcze Siostra z Rodziną.
Hany miał okazję pierwszy raz spotkać się z Gośćmi Z Innego Województwa, jak czasami żartobliwie określamy Ich z Dedim :)
In plus zaskoczył mnie mój szwagier.
Naprawdę!
Nawet on, a nie moja Siostra- pochwalił mój bigos.
Określił go mianem- myśliwski.
Może jestem próżny, ale uwielbiam takie kulinarne spełnienia :)
Jeśli spełni się kulinarna sylwestrowa wróżba, to w tym roku powinienem odwiedzić Australię!
Podczas smażenia ostatniego naleśnika do krokietów (brak wystarczającej ilości ciasta by wyszedł cały placek), z rozlanej i usmażonej plamy wyszło coś, co kształtem przypominało:
1) australijskiego dziobaka- wg mnie
2) meduzę- wg Hanego
Obie wersje do kupy= podróż w ciepłe zakątki otoczone wodami :)
No Australia jak nic :P
Może już za niedługo na zbliżający się mój ulubiony tenisowy Australian Open?!
   Tegoroczny Sylwester w barwach zieleni i czerwieni symbolizował nadzieję i Miłość na przyszły rok.
Wszak to ważne sprawy są.
No zdrowie oczywiście też.
Zabrakło go troche Tatusiowi, który uległ jakiejś infekcji.
Muzycznie towarzyszyła nam koncertowa Edyta, a płynność zapewniał Rafaello od Rafała oraz orzech laskowy od Soplicy :D:D:D
Polecamy!!!
O północy, na powitanie Nowego Roku zawyła Napuszona Beza w piosence "The power of love".
Szkoda, że nikt nie przeszkodził jej w tym muzycznym morderstwie.
Miałem wrażenie, że połknęła cały zapas petard a mimo to nie potrafiła z nimi wybuchnąć.
Pamiętam jak śmialiśmy się z Hanym, kiedy w jednym z programów zaśpiewała uczestnikowi zza stołu jurorskiego "happi berwzdej tu ju". Myślałem, że padnę z tego wykonu :)
Dziś i ja i Hany śpiewamy o wiele ładniejsze Happy Birthday Maksiowi :):*:*
Na zakończenie pierwszego posta zaśpiewa oryginalna i karnawałowa żółtogłowa.
Lejdis end Dżentelmen, na "bą wojaż" po całym 2013 roku- Niki Minażżż :P




iremember
imissyou
iloveyou :*:*:*