camino

camino

poniedziałek, 7 lutego 2011

Przebudzenie



Od wczoraj miło nastraja mnie nowa piosenka Variusów, którą podesłał mi Hany.
Jakoś tak mi się przedwiosennie zrobiło i jakże miło wstało.
W porze pośniadaniowej raczę Was moim wypiekiem odnosząc się do komentarzy w tej kwestii z poprzedniego posta.

Max, oto Twoja porcja do degustacji (dziwnie brzmi ten wyraz, bo degustacja kojarzy mi się z małymi, wydzielonymi porcjami, a ja nie lubię wydzielać nikomu) :)
Hany, skoro pyszne- zapraszam :) Chętnie zmienię formę podania na tą, którą omawialiśmy :)
Sans, czy taki sposób jest wystarczający, by zachęcić Cię do gotowania? Jeśli nie, to już zostaje osobista nauka :P
Smacznego i dnia miłego.

sobota, 5 lutego 2011

Czyly jeżely

   Panująca za oknem szara aura nie nastraja mnie optymistycznie.
Od rana czuję brak ładowania. Znaczy się, słońca nie ma.
Gdyby choć Moje było blisko...
Zmęczył mnie też roboczy tydzień, który był wyjątkowo roboczy, bo w obozie mamy pierwszą w tym roku inspekcję problemową.
Skład jednoosobowy.
Nawet miły.
Płci żeńskiej.
Mający skłonność do wymawiania sylaby "ly", zamiast "li" :P
Jako dość dobry "czuj" ludzkiego charakteru, odbieram Panią "Czyly" jako równą babkę, która uwielbia rozprawiać na różne tematy. Jednak gadka sobie, a w raport wpisze i tak, co będzie uważała za słuszne (lub też i nie).
Przychodząc na drugą zmianę, spędzam z nią w jednym pomieszczeniu 2 godziny.
- Zimno tu. Widzę, że ubrał Pan dzisiaj sweterek, czyly też Pan zmarzł.
- Nieee. Wczoraj też go miałem.
- Nie. Wczoraj był Pan w samej koszuly.
Może po pracy oglądała jakiegoś bruneta w koszuli, albo i bez :)
Koleżanka mi doniosła, że pytała ją, "czy Łukasz jest wolny, czy zajęty".
Niewiele jest przecież obozów tego typu, w których dominują mężczyźni.
Może z tych, a może i z innych przyczyn, przedłużyła wizytację na kolejny tydzień.
Dziś poza Hanym, śnił mi się Sansi.
Najpierw to my wpadliśmy z wizytą do Niego i spędzaliśmy czas grając w... chińczyka :)
Potem On odwiedził nas, ale nie sam. Był jeszcze jakiś chłopak.
To już drugi Blogger w nowo rozpoczętym roku, który śni mi się według podobnego scenariusza.
To Panowie chyba coś oznacza.
Ten rok może być przełomowy!
Całe szczęście, że już wczoraj zaplanowałem sobie pieczenie ciasta na sobotę, więc w razie wizyty nie będziemy siedzieć o samej kawie czy herbacie :P
Mąż też dziś wykonał swój wypiek.
Gdy tak patrzę na jego kolor, to powraca mi witalność.
... a jak na Niego- chęć do życia.
Nie miałem jeszcze okazji, więc pochwalę się moim prezentem walentynkowym w tym poście.
Otóż na początku tygodnia dostałem trzy książki kucharskie Ewy Wachowicz :)
Od niedawna inspirują mnie przepisy tej pani, a i ona sama jest zapewne ciekawą osobą.
Bardzo dziękuję Ci Skarbie za ten prezent, bo dzięki niemu odkrywam radość płynącą z gotowania i pieczenia, które tak bardzo lubię :)

niedziela, 30 stycznia 2011

Decyzje podjęte i te do podjęcia

Fryzjer mnie ściga.
Śnił mi się dziś ten, do którego zawsze chodzę.
To chyba znak, że sam myślę o tym by się wybrać, ale ciężko jest się zdecydować i zrobić te kilka kroków dalej w drodze do pracy by umówić wizytę.
Z jednej strony chęć zapuszczenia pewnej długości, by z niej stworzyć coś nowego, z drugiej pragnienie pozbycia się nadmiaru runa. 
Każdego dnia zwlekam z nadzieją, że jednak zdecyduję się na proces "zapuszczania" (jak to brzmi), choć wiem, że nie dam rady. 
Łatwiej było mi podjąć decyzję by z procesu "zapuszczania" (tym razem sylwetki), przejść do aktywności tej z okresu wakacyjnego.
Wczoraj odkurzyłem więc swą matę, dmuchaną piłkę do ćwiczeń oraz hantle.
Zamierzam co drugi dzień zmagać się z przyjemnym wysiłkiem :)
Jako, że wczoraj zacząłem, to dzisiejszy poranek przywitał mnie zakwasami.
Ale z dnia na dzień będzie lepiej.
Zmartwił mnie rano Mąż, kiedy napisał, że "kaszel dusi Go tak, że płuca wydziera".
Na nic się jednak zdadzą moje prośby o wizytę u doktora (jakże sympatycznego).
Ogólnie mimo mrozów zarazki docierają wszędzie. 
Tato mimo, że prawie tydzień temu zakończył antybiotyk, to wcześniej prawie 2 tygodnie utrzymywał Mu się wieczorami stan podgorączkowy.
Strasznie mnie to niepokoiło. Kupiłem nowy termometr.
Od wczoraj Bogu dzięki jest dobrze.
W najbliższym czasie czeka mnie wizyta u doktora imiennika, bowiem ukruszył mi się kawałek zęba leczonego początkiem sierpnia. 
Nie widać, ale przeszkadza, bo uszczerbek jest od wewnętrznej strony.
Że też zachciało mi się przegryzać pszeniczno- ryżowe płatki podczas męskiego finału tenisa. 
A uświadomiony byłem, że mam strasznie ciasno rozmieszczone zęby i powinienem unikać orzechów, gum, musli, ..., no ale co ja poradzę na swe zaprezentowane łakomstwo i nieposłuszeństwo ;)
Na pocieszenie zwycięski dziś Novak rzucił z radości swój sprzęt (rakietę znaczy się) na pożarcie przez tłum :) po czym przystąpił do obdarowywania rozochoconej publiki częściami swej spoconej garderoby :)
Jedna frotka, druga frotka, koszulka, w międzyczasie ręcznik a na końcu po wyjęciu wkładek- adidasy :) Myślałem już, że szykuje się jakaś niecenzuralna niespodzianka wywołana tą euforią. Jednak na tym poprzestał :)

środa, 26 stycznia 2011

Późna noc, czy bardzo wczesny poranek?

   Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie kiedy za oknem panowała ciemna noc.
Dziś nie tylko mecz Agnieszki przyczynił się do tego, ale i kolejny wyjazd Taty na kontrolną wizytę związaną z leczeniem wątroby.
Jak zawsze wyjeżdża bardzo wcześnie, by być jak najszybciej w kolejce do pobrania krwi (jedna kolejka). Następnie około dwóch godzin czekania na wyniki, a w międzyczasie w wężyku do lekarza prowadzącego (druga kolejka).
Współczuję Mu tych wizyt, bo zmęczenie i brak snu odbijają się potem na całym dniu.
Jednak trzeba z tego wszystkiego wysnuć jeden największy pozytyw, że leczy się po to, by wyzdrowieć.
Tego się trzymamy i to jest najważniejsze.
   Popis swej gry technicznej dała dziś Aga na centralnym.
Publika największa z dotychczasowych pojedynków, a i pan premier Australii uraczył trybuny swoją osobą.
Techniczne sztuczki w drugim secie i słaba dyspozycja Belgijki nie dały jednak zwycięstwa.
Choć cień szansy był.
Pozostaje jednak ten miły akcent, że dotrwała do piątej rundy i że mimo nie w pełni dysponowanej lewej stopy, była z meczu na mecz coraz lepsza.
Nagrody?
Ponad 200 tysięcy dolarów australijskich łącznie za turnieje singla i debla.
Dodatnie punkty rankingowe w grze singlowej.
Powrót do pierwszej dziesiątki rankingu.
Słowa uznania od mistrzyni (dzisiejszej przeciwniczki)- <Agnieszka to jedna z zawodniczek, która najlepiej "miksuje" grę
Dodam- dysponująca najlepszą techniką w grze kobiet << od czasów Martiny Hingis >> (to dodałby Hany) :)
Jako wierny kibic dziękuję Ci Agnieszko za te 1,5 tygodnia emocji i zarwanych nocy.
Dobrej formy na dalsze turnieje życzę.
Jako, że po odprawieniu Taty na autobus i po skończonym meczu nie czułem się senny, postanowiłem wykorzystać ten stan i zrobić coś dobrego na śniadanie.
Szybko przywołałem więc w swe zmysły wygląd, smak i zapach bułki drożdżowej Mamy Natalii i postanowiłem przywdziać fartuszek i zabrać się do roboty.
Mam nadzieję, że moja praca sprawi Tacie miłą niespodziankę po powrocie, wszak uwielbia ten wypiek tak samo jak ja.
Zapraszam więc w porze śniadaniowej wszystkich chętnych do siebie.
Dodatki na życzenie gościa :)
Dobrego dnia!

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Poranek ponad normą z dobrą formą

Już przed snem czułem się wypoczęty i zrelaksowany dzięki Mężowi :)
Po co więc zasypiać?
Po to, by wstać po trzeciej i zasiąść na trybunach Margaret Court Arena.
Mecz nie odbył się jednak w zaplanowanych ramach czasowych, bo przedłużyły się inne pojedynki.
Sen miałem więc przerywany.
Wstałem jednak w samą porę.
Mimo, że Aga była teoretycznie faworytką spotkania, to mecz okazał się bardzo wyrównany. W jego trakcie Agnieszka wznosiła się i opadała, jak meksykańska fala.
Było ciężko, bo Chinka miała już dwie piłki meczowe, ale niebiosa sprzyjały Naszej Dziewczynie i udało się powtórzyć najlepszy jak dotychczas wynik w seniorskim szlemie.
Opłaciło się więc wstać w nocy.
Apetyty związane z oczekiwaniami rosną.
Zgłodniałem.
Nie obyło się też bez wymiany komentarzy smsowych z Hanym odnośnie osoby kanadyjskiego tenisisty Raonic`a (to nazwisko w najbliższych latach może pojawić się wysoko w rankingu ATP).
Zmysły i myśli odżywione po nich :)
Dzięki przyjemnym obrotom spraw sportowych mam lepszy humor i dobry biorytm.
Czuję to.
Właśnie rozwiesiłem pranie. Wcześniej byłem na porannym joggingu z Panią L i w markecie na zakupach śniadaniowych :)
Tato powoli dochodzi do siebie po infekcji wirusowej. Kończy już dziś antybiotyk. Mam nadzieję, że miną stany podgorączkowe, które przychodzą wieczorami już od tygodnia.
Szczerze mnie to martwi, tym bardziej, że mam schizę na punkcie wyrazu "gorączka".
Brrr.
No więc kawa, bułka fittness z nutellą, a za oknem biało, mroźno i słonecznie.
Ładuję baterie.
Czuję jak przybywa mi sił.
Miłego dnia i całego tygodnia pracy :)

czwartek, 20 stycznia 2011

Poko-lędowo


Mimo, że okres bożonarodzeniowy mamy już za sobą, to jeszcze prawie dwa tygodnie może bawić nas to, co po nich pozostało.
Świecąca jeszcze, choć nie tym samym blaskiem choinka.
Śnieg, który zanikając co chwilę, szarzy nasz świat.
Kolęda, która nie brzmi już tak radośnie jak na pasterce, ale...
Jest jeszcze inna kolęda.
Wizyta duszpasterska :)
Takową dziś miałem.
Rok temu i Hany się załapał, bo wyjątkowo szybko naszą ulicę odwiedzono.
Gdyby dziś był, na metr kwadratowy przypadałoby trzech imienników :)
Wizyta trwała około 10 minut. Najbardziej kolędowała Pani L, która jak to ma w swym zwyczaju szczekała na całą parafię.
Chyba muszę się z nią udać do psiego psychologa. Tylko gdzie jest najbliższy?
A mówią, że tylko ludzie mają swe chimery :)
A propos ludzi.
Po kolędzie zaproponowałem Tacie, żeby zaprosił Trudi z dołu na herbatę i film, który codziennie ogląda jedno i drugie (mój Tato jest fanem pewnej telenoweli :P).
Przyszła po pół godzinie z nadętą miną.
Herbaty nie chciała, soku też nie.
No więc nie mam w zwyczaju wciskać komuś coś na siłę, zwłaszcza przy tak malującym się zewnętrznie nastroju.
T: Słyszałam, że sobie okulary sprawiłeś, pokaż.
Zakładam więc i pokazuję.
T: No to porządne i ładne sobie zrobiłeś
Uradowany ściągam je z nosa i słyszę
- A czemu czarne?
- One nie są czarne tylko brązowe- tu pokrzyżowałem jej plany zburzenia mej radości z posiadania drugiego wzroku, że tak to nazwę.
- Aha... a bo tak myślałam, Ty czarny, okulary czarne...
- Chciałem klasyczne i eleganckie
- No one są eleganckie
- No dlatego je wybrałem- :)
Siedzę w swym pokoju i słyszę jak tam się unosi w przerwie filmu i prawi swoje pseudo mądrości.
Głos przybiera formę opieprzu, a nawet jedno niecenzuralne słowo słyszę.
Albo ma chandrę, albo jak mawia Hany, botoks jej nie służy.
Z racji tego, że ma go trochę w sobie, to obstawiałbym nawet tą drugą opcję.
I po co ja na taki pomysł wpadałem? Grrr.
Chyba się wina napiję i jak mówi Tato, nadam sobie stajla :)
A że pora wieczorna, to szybko w łóżku wyląduję i tak zakończę me kolędowanie.
A jak u Ciebie kolęda Mami?

wtorek, 18 stycznia 2011

Rozważania meczowe sponad kubka kawy

Zasnąłem około 22-ej.
Szybko bo i dzień szybko został rozpoczęty.
Wiedziałem, że tej nocy czeka mnie sen przerywany, gdyż o pierwszej mecz Agniesi.
Zwlokłem się więc z łóżka.
Jako, że transmisja była na eurosport2 musiałem iść do pokoju Taty, bo u siebie dysponuję tylko zwykłym eurosportem.
Zasiadłem na trybunach i z podnieceniem czekałem na początek.
Co też zaprezentuje nasza dziewczyna po trzymiesięcznej przerwie?
Zaczęło się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Dwa asy w pierwszym gemie, wygrane podanie, a potem przełamanie. Komentarz smsowy wystosowałem więc do Męża.
Też wstał.
Niestety radość nie trwała długo, bo potem gra miała charakter wygrywanych piłek po błędach rywalki. Raz z jednej, raz z drugiej strony. Hany poszedł spać, a ja konsekwentnie oglądałem do końca.
A końca nie było.
Pierwszy set padł łupem Agi. Gdy w drugim wygrała Japonka, byłem zły, że czeka mnie jeszcze krótszy sen (świadczy to tylko o poziomie gry).
Mecz przeciągał się i jakby tego było mało w trzecim secie jeszcze przerwa medyczna dla Agi.
Ciekawe, czy rzeczywiście bolał ją dół pleców, czy chciała wytrącić rywalkę z dobrej passy przy stanie 1 do 4 w gemach.
W każdym bądź razie wzięła się do roboty ostro, lecz bez ostrza, bo tak waliła ze złości rakietą w beton, że przy jednym z końcowych odbiorów serwisu, w ręku został jej tylko trzon rakiety :)
Mimo, że ważyły się zacięcie losy meczu to uśmiałem się w głos :)
Po ponad 2 godzinnych mordęgach udało się i mogłem spokojnie iść spać.
Co prawda na 2,5 godziny, ale zawsze to coś :)
Mimo bardzo krótkiej nocy wstawało mi się lepiej niż wczoraj.
No i dziś w obawie przed atakami sennymi w obozie, kawa stoi na biurku i pachnącym aromatem wbija się poprzez me nozdrza w głąb organizmu.
Co ja bym dał za dzień wolnego :)
Dobrego dnia wszystkim życzę :)