camino

camino

środa, 30 maja 2012

24 złote na pocieszenie

   Chyba zacznę zmieniać zdanie wyrobione jeszcze w czasach liceum, że środa to już prawie koniec tygodnia.
Obecnie środa, to dla mnie tylko połowa drogi do końca tygodnia.
Wszystko za sprawą tego, że chciałbym, aby weekend trwał wiecznie, albo by jeden od drugiego, przedzielał tylko pojedynczy dzień zwykły.
Chciałoby się wiecznego wolnego, albo by czas nabierał takiego pędu, by co chwilę można było mieć urlop.
Niestety, to dopiero na emeryturze (:P), albo po wygraniu 25 milionów (których wczoraj nie zgarnąłem).
Jedynie trójka (choć to i tak niebywały mój sukces).
Nie będzie wylotu z Hanym do Paryża i Londynu.
Nie będzie wakacji na Kubie i w Nowym Jorku.
A co będzie?
Będzie zwyczajny dzień.
Stresujący i karmiący wielką niewiadomą z dnia na dzień szary, długi tydzień :(

Na koniec ulubiony żart Jakoba zasłyszany od Wujcia :P:

"Życie jest jak papier toaletowy. 
Szare, długie i do dupy"

Oby tylko dupa ładna była :P

Ps. Już wiem co kupię sobie za wygraną :)
1) nowy numer MH,
2) nowy numer Mojego gotowania,
3) puszczę jeden zakład lotka, albo nawet i na dwa mi starczy!

Rozpusta!

poniedziałek, 28 maja 2012

Z cyklu "Niesamowite historie"- poród we śnie

   Nie wiem za sprawą czego tak męczyłem się dzisiejszej nocy.
Z uwagi na chmury burzowe, zostawiłem w oknie tylko mikroszczelinę.
Po gorrrącej linii z Hanym zasnąłem szybko i jak mało kiedy ledwo mówiłem już dobranoc :)
Zwiastowało to noc do samego rana. Jak zawsze.
Przebudził mnie sen.
Musiał się zbiec z duchotą panującą w małym pomieszczeniu, jakim jest mój pokój.
Śniło mi się, że poszedłem do lekarza z Mamą.
Mówiłem, że strasznie mi duszno i szybko bije mi serce.
Lekarka założyła opaskę, by po chwili przystawić stetoskop i zmierzyć ciśnienie.
Ta jednak napompowała się do rozmiarów poduszki ratunkowej dla tonącego.
Wskaźnik pomiaru ciśnienia się oderwał i zwisając mi z ramienia wskazywał 425/425! :P
Oj ciśnie mnie, ciśnie- pomyślałem, kiedy wybudziłem się ze snu.
Usiadłem na łóżku.
Zmierzyłem sobie puls na nadgarstku.
Był lekko przyspieszony.
Otworzyłem okno i wyszedłem z pokoju do kuchni napić się wody.
Zaglądnąłem do Taty i Pani L.
Ta zaś gdy mnie zobaczyła w ciemnościach, szybko przekręciła się "na boka" by ją pogłaskać.
Uklęknąłem przy niej i pogładziłem chwilę po sierści.
Miło jej było, bo pomrukiwała jakby zamiast suczką, była kotką :P
Poszedłem do siebie.
Okno zostawiłem uchylone.
Poprawiłem poduszkę i położyłem się.
Zasnąłem szybko i jak to bywa, kiedy mam przerwę w dostawie snu, pojawiają się senne opowieści.
Te jakoś skupiły się na mojej Siostrze.
Była w ciąży.
Urodziła chłopczyka.
Potem dowiedziałem się, że kolejny raz urodziła chłopca.
Szwagier widać nie dawał za wygraną, chcąc spłodzić córkę :P
No i udało się za trzecim razem.
Przyszła do nas do domu z solidnym brzuchem.
Dom nie był mieszkaniem w blokowisku, a domkiem z dużą ilością schodków i wąskich przejść, które pięły się w górę niczym fasola po tyce.
Nagle znalazłem się w małym pomieszczeniu na stole.
Leżałem i... to ja zacząłem rodzić (nie oglądałem przed snem ani Juniora, ani żadnej z części Obcego).
To było dziwne.
Przeraziłem się i wstałem ze stołu.
Nagle między nogami wymacałem główkę i ramiona dziecka.
Wyjąłem je, a ono okazało się przepięknym bobaskiem.
Dziewczynka o wielkich niebieskich oczach i prześlicznej twarzyczce, uśmiechała się do mnie.
Potem sen toczył się jakby nigdy nic. Ani ja nie czułem tego, że zostałem rodzicielem (:P), ani nikt z moich domowników nie patrzył na mnie jakoś dziwnie.
Wszyscy spieszyli z gratulacjami narodzin córeczki i to nie do surogata bynajmniej :P
   Mój sen może okazać się proroczy, bowiem spodziewam się wizytacji mej Siostry ze szwagrem (made in ulub.pl) i dzieciakami.
Przyjadą wraz z nowym nabytkiem, który ma na imię Toyota i jest nowym dzieckiem w garażowej kołysce ich rodziny :P

...dobra lecę, bo pora karmienia się zbliża :P:P:P
Oj dam, dam, dam, mleczka dam :D

sobota, 26 maja 2012

Dla M.

Pamięć o Mamie jest zawsze żywa...



czwartek, 24 maja 2012

Kultura organizacji

   Na dziś zaplanowany miałem wyjazd szkoleniowy.
Szkolenia, jak to szkolenia- lelum polelum, byle czas zleci i nie trzeba się męczyć w obozie (dlatego tak je lubię :P).
Niemalże wszyscy mają zaliczyć swoją obecność na nim, toteż co drugi dzień wypuszczane są z Generalnej Guberni kolejne pary obozowiczów.
Mnie sparowano z Fajną Basią (FB).
Uwielbiam z nią jajcarzyć.
Kobieta po 50-tce, a poczucie humoru ma takie, że zawsze ilekroć zbliża się nasz opolski festiwal, chcę się z nią zgłosić na castingi do kabaretonu :P
   Spotkaliśmy się na przystanku o wpół do dziesiątej.
Półgodzinna podróż minęła nam na żartach i wspominkach z dziejów dawnych lat.
Potem dwudziestominutowy spacerek wśród zielonych skwerków i małe szopy z zakupem twix`a i wody niegazowanej, co byśmy po słodkim łatwiej przyswoili wiedzę i się nie ususzyli, kiedy ta będzie z nas parować :)
Kiedy doszliśmy na miejsce, wspinając się po schodach na samą górę gmachu, gdzie mieści się sala wykładowa- "pocałowaliśmy klamkę".
O co chodzi?
Zszedłem do portierni spytać, czy zmieniono miejsce szkolenia, bo u góry sala jest zamknięta.
Portier wykonał telefon i skierował nas do sekretariatu.
Tam akurat trwało lanczowisko.
Speszona szparka-sekretarka wcinała bułę, zagryzając jabłkiem, a w filiżance z brudnymi brzegami od osadu kawy, dymiła zalewana "plujka".
- Państwo do Szefowej?- zapytała pomiędzy zakąskami.
- Nie, my jesteśmy oddelegowani na mające się tu odbyć szkolenie.
- Ale szkolenia nie ma- odpowiedziała, jakby to było oczywiste.
- Jak to nie ma?- zapytałem zdegustowany.
- Pani Szefowo, Pani Szefowo... Państwo przyjechali na szkolenie...
Wyszła Szefowa
- Dzień dobry, niestety szkolenie jest odwołane. W poniedziałek były rozsyłane maile do poszczególnych oddziałów obozowych z tą informacją.
- Nic nam nie przekazano.
- Wiem od Waszej Szfowej, że macie problemy z pocztą mailową i nie zawsze wszystkie wiadomości przychodzą- próbowała kryć naszą.
- Wygląda na to, że mamy niezłego pecha.
Uśmiechnęła się ze współczuciem i poszła do swojej kajuty.
Grzecznie pożegnaliśmy się i wyszliśmy z gmachu szkoleniowego.
Fajna Basia zadzwoniła powiadomić Szfową.
Ta zaś powiedziała, że jak wrócimy, to żebyśmy przyszli do obozu.
Supeeeer!! :(
Pewnie na gorąco nie wie, co zrobić z nami w takiej sytuacji, byśmy mieli zaliczony dzień i potrzebuje czasu (nim wrócimy), by coś sensownego wymyślić!
Wkurzeni, poszliśmy na skwerkową ławkę pod kasztanowcem, by ukoić nerwy wśród zieleni :)
Spożyliśmy tam nasze produkty :) jak para emerytów i poszliśmy na powrotny autobus.
Ciekawe, czy Stara powie nam, że mamy jeszcze dziś pracować?- to pytanie ciągle krążyło mi po głowie.
Kiedy pojawiliśmy się u niej na audiencji, powiedziała, że zadzwoniła do regionu i tam kobieta odpowiedzialna za rozsyłanie informacji, przepraszała nas serdecznie.
Delegację dostaniemy, tylko ciekawe, czy ponownie udać się będziemy musieli na to szkolenie.
Póki co, wszystkie majowe terminy są odwołane.
Może pani wykładowczyni się zmęczyła, albo wykłada co innego.... wróóóć!
Nie brnij w to dalej myślami! :)
Nakazano nam grzecznie pomóc pukfom do 15-ej, a potem odmeldować się do domostw swych.
Ufff!
   Żeby było śmiesznie, wczoraj z rąk Szfowej dostaliśmy do wypełnienia ankietę na temat kultury organizacji w pojęciu ogólnym i zawężonym do naszego miejsca pracy.
Jak widać w naszym miejscu pracy nie trzeba takich ankiet, prawda o tej kulturze sama wylewa się poza jego grube mury i lata świetlne tradycji :P

środa, 23 maja 2012

Gej ra`Darek

...w nawiązaniu do ostatniego posta Męża...

   Wczoraj z racji nieobecności Szfowej postanowiłem nie zakładać obozowych "pasiaczków".
Każdy zawsze czeka na ten luźniejszy dzień, kiedy powietrze jak po burzy, ma więcej ozonu :)
Czemu miałbym na zapleczu przesiadywać w sztywnej koszuli, ciemnych długich spodniach, czarnych skarpetach i półbutach, jak można (bez niczego) na letnio. Tym bardziej, że w słońcu ponad trzydzieści stopni!
Miałem więc na sobie biały tiszert (jeden z sześciu jakie dostałem od Miśka- przy okazji Jego ulubiony) z motywami ośmiornicy, ryb, wzburzonego morza, statku pirackiego i symbolu czaszki nad nim (w gruncie rzeczy to nie stylizacja a`la "sailor devil", bo wszystko fajnie ze sobą współgra, a jasno grafitowy kolor tych aplikacji nie sprawia, iż całość jest ordynarna), jeansy podwinięte do kolana, białe gatki, białe stopki i białe nike z zielonymi wykończeniami i żółtą podeszwą :)
Całość okraszona zapachem "egoisty" od Szanel :P

   Przechodziłem korytarzem między boksami jednego z działów, kiedy wpadłem na "nowego" (w zasadzie pracuje już dobre pół roku), nazwijmy go Darek (z uwagi na podobieństwo do Darka z Klanu, męża Czesi :P)...
- Dzień dobry Panowi- tak żartobliwie go powitałem.
- O cześć, ale fajnie jesteś ubrany.
- Proszę?- zapytałem z myślą, że się przesłyszałem.
- Fajnie jesteś ubrany- powtórzył,... a stopy miał bose w sandałki przyodziane, nogi zaś ze znacznym owłosieniem, nieco powyżej kolan zaczynały się spodenki...
Taka lustracja od dołu :P
Jak na zboczucha w tej kategorii fetyszu przystało, musiałem się "temu" bliżej przyjrzeć :)
Kiedy stał wsparty o brzeg ścianki boksu, upuściłem celowo jedną z trzech trzymanych w ręce kartek :D
Dobrze, że nie jestem kobietą- pomyślałem, bo wtedy Darek by mnie wyręczył, schylając się po papieruszek i nici z mego zoom`u optycznego by były :)
Wykonując powolny skłon jednocześnie z lekkim przysiadem, niemalże padłem do jego stóp :P
Chwila ekscytacji jednak nie mogła trwać długo, bo dziwnie by to wyglądało, ale choć krótko, to miło było :)
   Już od pierwszych dni swej pracy, Darek wydawał mi się podejrzliwy jak na heteryka.
Nie znając mnie dobrze, powiedział mi, że jestem fajnym , opanowanym chłopakiem.
Zawsze dla każdego ma dobre słowo.
Na powitanie, pyta prawie każdego: "jak się masz"?
Czy też w poniedziałki- "jak minął weekend", zamiast tradycyjnego, wymęczonego "dzień dobry".
Fajnie się ubiera.
Praktycznie codziennie inaczej.
Pomyślicie- to już nie można być po prostu miłym?
Ma żonę i małego bobaska, a ostatnio, kiedy udawałem Blondi przed Kejt i przyszedł on ze stertą formularzy do opracowania przeze mnie, rzekłem widząc krojący się nadmiar roboty- "luuubisz mi dawać..."
Miało być na wzór Blondi (zawsze wieczorem chcąc zachęcić Kejt do pomocy, mówi- Kasiurkuuuu luuubisz mi pomagać), a wyszło dwuznacznie.
Jak zachował się Darek?
Roześmiał się i poklepał mnie po ramieniu, mówiąc "lubię też jak mi dają" :P
Zakrawało to na homo-hasło, a on sam od tego czasu stał się dla mnie co najmniej bi-jonse (że biseksualny) :)

wtorek, 22 maja 2012

Propozycja

   Nie ma to jak wrócić po urlopie do obozu...
Scenariusz przeze mnie wykreowany, sprawdza się procentowo lepiej, niż notowania synoptyków w TVN`ie!
Spodziewałem się wrzucenia na głęboką wodę bez zahartowania, ale żeby aż tak szybko i głęboko?
   O 13-ej czekał na mnie stos roboty papierkowej i reklamacje, bo pukfiasz zajmujący się tym jest na urlopie.
Z racji, że robię to 2 razy w roku (kiedy go nie ma), to wypadam z rytmu, przy ciągłych zmianach.
Na szczęście poszło gładko, ale więcej bym sobie tego nie życzył.
Po chwili przyszła Szfowa.
Oziębłym tonem zaprosiła mnie do siebie.
Pewnie chodzi o ten telefon, jaki wykonywała w piątek- pomyślałem, bo już wcześniej jedna z kierowniczek pytała mnie, czy rozmawiałem z nią.
Strach się bać?
Poszedłem.
   Jest propozycja, aby ze swoimi umiejętnościami (jeszcze 3 lata temu je posiadałem, bo przez ten okres totalnie się rozregulowałem i cała teoria w pewnym zakresie wyparowała, bądź też nastąpiły takie zmiany, że posiadana wtedy wiedza jest już obecnie nieaktualna) przyjąć na swój bark nowe obowiązki (nieuniknione, bo i tak miałem dostać je w spadku :P) i tym samym wskoczyć na pełny etat.
Od dobrych ośmiu lat pracuję (jak 98% załogi na 7/8 etatu).
Zmiana korzystna, bo bądź co bądź w końcu to cały etat, a tym samym ciut wyższy zarobek.
Obawiam się tego wszystkiego.
Boję się, że przygniecie mnie ogromny głaz i nie dam rady wydostać się spod niego.
Z drugiej strony wiem, że trzeba wierzyć, iż będzie dobrze.
Czerpać wiarę z Góry i siły od mego Anioła-Patrona, który tam wysoko dogląda mnie z wielkim zrozumieniem, bo to co robię nie jest Mu obce.
Nie jest Jej obce.
   Trwają też zastraszania przez jeżdżące kontrole, które sprawdzają standard obsługi klienta i zaglądają do każdej szafki.
W ubiegłym tygodniu podczas mej nieobecności, były dwie inspektorki.
Ponoć krąży też dyrekcja, która zjawia się jako tajemniczy klient i metodą "trudnego klienta" sprawdza jakość świadczonych usług oraz proponowanie korzystnych produktów, jakie firma Obóz ma w swej ofercie.
Podczas gdy obozowicz dwoi się i troi, ów trudny klient robi sztuczną zadymę, unosi się, krzyczy, wymachuje rękami,...
Szkoda tylko, że te ręce nie oderwą się od tułowia niczym te lalkowe i nie odlecą w siną dal.
Macha-laj, macha-laj.
   Dziś kolejny słoneczny dzień.
Spałem całą noc przy otwartym oknie.
Zazwyczaj tego nie czynię, bo mam fobię, że ktoś może zrzucić niedopalonego papierosa z góry, ten zaś wpadnie do mnie i spłonę w swym małym pokoju wraz z łóżkiem, kołdrą i poduszką.
Jeszcze nie chcę smażyć się w piekle :)
Jeszcze nie teraz :P
   Piekło nieuniknione, bo zaraz ruszam do tego mojego ziemskiego.
Codzienna ma wędrówka do niego, poprzedzona jest modlitwą.
Pół drogi zajmuje mi rozmowa z Bogiem o łaskę przetrwania.
O zimniejszy ogień w kotle smażalniczym.
O szczęśliwy powrót do domu (bez przypieczonego tyłka).

Pozdrawiam wszystkich, którzy każdego dnia dźwigają ciężar swych obaw i stresów, a także siwiejących od ich nadmiaru, zaczynających się marszczyć na twarzy i zwijać, kiedy przyjdzie atak choroby wrzodowej.

iloveyou Bejbe- Moja Pocieszycielko Strapionych :*

poniedziałek, 21 maja 2012

7:15 niedzielny ranek









...skrzypnęła furtka.












Czas iść na przystanek.
   Po serdecznych uściskach z Rodzicami, długo jeszcze odprowadzałem wzrokiem Dom.
Niemal każdy kąt usłyszał ode mnie- "do zobaczenia za pół roku", bo dopiero w listopadzie tu zawitam.
Hany odprowadził mnie na autobus.
Poczekał do chwili mego odjazdu i podreptał na poranną mszę.
Ja zaś rozpocząłem maraton turystyczny.
Pierwszy raz z nie swoją torbą :) bo po raz pierwszy nie dałem rady zapakować wszystkiego :)
Przyjechałem z małą sportową torbą, a wracając chcąc nie chcąc musiałem zgodzić się z Mężem, że nie dam rady spakować się do tego maleństwa :)
Po przepakowaniu wracałem wygodnie ze skórzaną torbą Miśka.
   Docierając z nią do wejścia na dworzec Rzeszów Główny, witany byłem oblukaniami stojącego przy drzwiach młodego urodziwego homika.
Oglądał się jakbym szedł nago :)
Pewnie zazdrościł mi torby :P
Potem przemieszczał się ze swoim bojem po hall`u, między kasami, a potem między peronami.
Zakupiłem bilet i udałem się do podstawionego pół godziny wcześniej pociągu.
Niestety wagon z przedziałami.
Plus taki, że nie było zbytniego tłoku i okno przedziałowe, jak i to na korytarzu były uchylone.
Wszedł do mnie Pan przed 50-tką.
Taki, co to chętny do zagadywania od ogółu do szczegółu.
Zaczął od tego, że nie ma miejscówki na bilecie (obowiązuje tylko w pierwszej klasie).
Potem z wieści politycznych...że ostatnio pan premier podróżował koleją (szydersko).
Dosiadł się dwudziestoparolatek grubej kości.
Początkowo przeszedł nasz przedział, ale zobaczywszy moją skórzaną torbę, zrobił krok w tył i zechciał wejść do nas, z zapytaniem "czy można"- of course :P
Można, można.
Prosimy, prosimy :)
Chłopięcie posiadało białe stopki, które dobrze kontrastowały z czarnymi adidasami.
Chwilowo miałem więc zawieszone oko na tej bieli.
Następnie weszła siksa.
Dziewczyna.
Niska i ze zdutą miną tenisowej Oleńki Woźniak :)
Zatopiła oczy i nos w książce, ale gdy tylko pociąg ruszył zasnęła.
Pan 50-tka, to jednak musiał być Pis-sior :P
Dojęty taki, że dojęty.
Kiedy konduktor sprawdzał bilety, ten powiedział mu, że za długo to trwa i chyba znaku wodnego na nim szuka.
Konduktor grzecznie odpowiedział, że przelicza kilometry, bo czasami panie w kasach się mylą.
W odpowiedzi na to wąskowardżasty dojęciuch odparował- kasjerki się mylą, a pan to naprawia, tak?
Kiedy po kilku godzinach przemieszczał się Wars Wita Was (pierwszy raz widziałem młodego WWW), Pis-sior poprosił o kawę.
- Wodę ma pan ciepłą?
- Gorącą proszę pana.
- A skąd w pociągu gorąca woda?
- Bo nim wsiadłem na wcześniejszej stacji, to czekałem, aż się zagotuje.
- A coś słodkiego pan ma?
- Wafelki, batoniki, rogaliki,...
- Snickers`a poproszę.
WWW grzecznie wydał resztę, podziękował i poszedł dalej.
Pis-sior widząc, że nikt go nie słucha, rzekł jakby do mnie:
" Jeszcze tak z dziesięć lat musimy się pomęczyć, ale to i tak nie będzie lepiej".
A po poniższym haśle, parsknąłem:
" Nasze dzieci wcale nie będą miały lepiej".
Nasze?!
Jak nasze, jak Pis-sior mógłby być moim ojcem, a ja dzieci mieć nie będę.
Chyba o Basi, Majkelu, Małgosi i Dżonie z piosenki Majki Jeżowskiej mówił :P
   Godziny dłużyły się przeokropnie, a żar lał się z nieba.
Chyba nawet przedramiona opaliłem, bo słońce centralnie padało na nie :)
No i nastąpiła zmiana punktu widzenia...
Białe stopki przedziałowego współtowarzysza podróży, zamieniłem na znacznie płytsze białe stopki kolesia stojącego na korytarzu.
O wiele smaczniej!
Hany- miałbyś patrzenie na pośladki bo często opierał się o szybę swymi tyłami.
Głowa ogolona a twarz "nieprzyozdobiona" ani jednym pryszczykiem!
Miron się zwał, a i dziewczynę miał bardzo ładną.
Wygląd tap madl.
Śiwijetnie ubrana, ładna buzia, aparat korekcyjny na prostych już zębach...
Lubię patrzeć na ładnych ludzi.
Bądź co bądź, jestem estetą :)
   Lokomołszyn przybyła na opolską ziemię punktualnie.
Niestety szkoda, że nie o 5 minut szybciej.
Zdążyłbym na autobus do domu, a tak musiałem czekać ponad godzinę na kolejny.
Po 20-ej stanąłem w progu swej chatki, która jak zawsze po jakimkolwiek przyjeździe obca mi się wydaje.
Pani L skakała z radości jak kangurzyca.
Przywitałem się z Dedim.
Rozpakowałem się i zasiedliśmy do obiadokolacji.
Hany napisał, że pada na twarz i idzie już spać.
Pomyślałem- jak mi strasznie żal i tęskno, że tej nocy nie wtulę swych stóp w Jego stopy, że nie oplotę swoich rąk na Jego ciele, że nie będę czuł Jego ciepła i że rano nie usłyszę- Witaj Misiu, jak się spało :(
... przeczytam to wszystko na wyświetlaczu smartfonowym, ale to przecież nie to samo :(
Taka ot szara rzeczywistość nastała.

KCNWWiTWNJM :*:*:*