Zwykle potrzebuję tygodnia, by po dłuższym urlopie wskoczyć na właściwe tory.
W pracy jest inaczej, bo tam ilekroć tylko przekraczam próg od razu wiem gdzie jestem.
Zrzucana zaś na głowę robota, jest tylko tego potwierdzeniem.
Wrześniowy powrót to obozu był tym razem wyjątkowo stresujący, bo wiedziałem, że na dzień dobry będzie mnie czekała ciężka przeprawa ze Starą.
Przed swoim urlopem miałem niby złożyć CV, by skorzystać z pewnej oferty propozycji pracy przyobozowej, stanowiącej jakby coś na miarę kokpitu w motocyklu.
Niby się jedzie motorem, ale obok niego.
Nie uśmiechała mi się ta oferta od początku, więc i sceptycznie do tego podchodziłem.
Nie czuję się w roli kokpiciarza.
CV nie złożyłem.
Pozostałem wierny obozowi.
Nie zgłoszenie się do rekrutacji powoduje konieczność zatrudnienia u nas kogoś z zewnątrz na to stanowisko.
Etatów wolnych nie ma, a mus zatrudnienia kogoś wywiera fakt tworzenia owych kokpitów w każdym obozie.
Dodatkowo zestresował mnie sms od Kejt pod koniec urlopu, że Stara wezwała ją na rozmowę i zapytała czy ktoś pod jej urlopową nieobecność zgłosił swe uczestnictwo w tym projekcie.
Oczywiście nikt, bo kto?
Stara jak to ma w zwyczaju stosować zastraszanie, omotała lękliwą Kejt, że jako iż umowę ma do końca roku, to nie wiadomo, czy jej przedłużą jeśli kogoś nowego trzeba będzie przyjąć na obowiązkowe stanowisko.
Kejt mimo dylematów się nie zgodziła.
Drżałem przed tą poniedziałkową konfrontacją.
Stara chodziła jak pokąsana z miną kwaśniejszą od kwaśnicy.
Po dłuższej chwili wpoiłem swemu rozumowi, że to przecież mój wybór i nikt nie ma prawa kierować moim zawodowym losem (kształtować go za mnie, zmieniać życie zawodowe).
Na przypadkowe pytanie: "Dlaczego nie złożył Pan swej kandydatury?", miałem przygotowaną jedną odpowiedź: "Ponieważ nie byłem zainteresowany ofertą" :P
Odpowiedź przebija głębią samo pytanie :)
Pytania nie było, rozmowy też, ale zduta i wścieknięta chodziła do środy.
W czwartek już była jak dobra koleżanka, bo dowiedziała się, że zrealizowałem zaraz po powrocie do pracy ponad 1/3 rocznego planu z zakresu tych usług którymi miałbym się zajmować po złożeniu wspomnianego CV.
I tego nie lubię, że jak jest dobrze, to ktoś jest Twoim "przyjacielem", a jak jest gorzej, to by dobił własnym jadem.
Fałsz, pazerność i obłuda.
Wolę trzymać się od tego z daleka.
W domu constans czas się zatrzymał w miejscu.
Wszystko odbywa się ruchem jednostajnym zgodnie ze stałym harmonogramem dnia :P
W połowie tygodnia złapało mnie jakieś małe przeziębienie, ale do końca tygodnia uporałem się z nim i... mogę już dosięgnąć pilota :P
Wczoraj miałem gości.
Popołudniu przyjechała Siostra z Rodziną.
Czas minął szybko i sympatycznie, ...no i motyw białych hanes`ów z szarą gumką był :P:P:P
Żal tylko, że weekend się skończył :(
...a dziś dziesiąty, więc KCNWWiTWNJM w DNM :*:*:*
camino
poniedziałek, 10 września 2012
niedziela, 9 września 2012
Wakacje w abecadle
Amit;
alora;
B
bulge;
brzoza;
Brat Albert;
Bąkowo Zohylina;
Babcia Chooocie;
bjat;
biały czyli czarny (jeden ze Star Warsów);
babeczki w Cukierni;
Buriano buriankie, sał ti li si moma (że po bułgarsku);
buty Francuzów;
bułgarskie fatimki;
bojsi w białych hanesach (od Edi`ego);
bardzo pani miła, ale na śniadanie;
C
Cocomo;
chocie na (te) oscypki, chooociee (kocie?);
Costa Cafe;
chuściano izba;
curry, czyli kery;
Christopher (podstarzały koleś uwodzący włoskich grajków- molto bellissimo concerto);
Chiny leżą w Europie? (rozwalające pytanie "wszystkowiedzącej" girl :P)
Chiny leżą w Europie? (rozwalające pytanie "wszystkowiedzącej" girl :P)
D
dot;
Dorota Gardias Skóra i jej prognozy;
Dlaczego ja;
Donosiciel (doręczyciel pizzy z Trattorii- młody, seksowny blondynek z grzywką a`la Wielka Krokiew :P);
Donosiciel (doręczyciel pizzy z Trattorii- młody, seksowny blondynek z grzywką a`la Wielka Krokiew :P);
E
Edi ze Wschowy
F
figurka Matuchny Fatimskiej przy skręcie na naszą kamienistą dróżkę;
Festival;
fotograf, a w zasadzie ja w roli fotografa (w tym roku wyjątkowo najwięcej razy zostałem proszony o wykonanie fotki; jedna kobieta w Dolinie Pięciu Stawów Polskich pozowałaby chętnie z godzinę- na jednej minie);
G
Giewont;
góralskie izby;
górale z Sardynii;
Graża;
gruszki w warzywniaczku u Kazia;
golarka Braun od Męża w prezencie urodzinowym :);
golarka Braun od Męża w prezencie urodzinowym :);
H
hłojdy;
Hej tam spod Tater, spod siwyk Tater, hej poduchuje holny wiater, hej poduchuje leci z nowinom, ze chłopcy idom ku dolinom;
I
izby;
J
Jagoda;
japonko- sandały które zachwyciły mnie totalnie;
K
Kalatówki;
keli boj;
Kamilek;
Kamil Stoch w Trattorii;
kobiecy pan w Baconaldzie;
Koreb (Pan Franek zwany Papciem Chmielem, zduta Kaśka, Ola, Przemek, Michał, piwo żywe, miodowe, korzenne);
kelnereczka z Trattorii zwana "naszą", albo Marzenką;
kino Giewont;
koszula po przecenie za 103 zł;
kutera;
Krisztina Kasza;
karykaturzysta (wszystkie jego rysunki rozpoczynały się od narysowania wielkiego nosa);
karaoke z weselnymi piosenkami w pijalni wódki);
L
lemoniada u Cioci Ani;
latające mrówki przy krzyżu na Giewoncie;
lody od Gośki Andrzejewicz (5zł dziewięć gałek :P);
M
Max;
mięska pani;
macie jakieś plany na wieczór?- macie jakieś panny na wieczór?- macie jakieś plamy na wieczór? (mająca kłopoty z wymową hłojda z Cocomo, której w ciemnościach nocy świeciły tylko białe gałki oczne, białe usta i zęby, reszta została w solarium);
macie ochotę przyjść na plażę, czy coś? (zapraszanie wystylizowanej girl na piwo pod parasolem wśród rozsypanego piasku- a my na to: "na plaży nam się mleko warzy" :P);
moskole;
Meraja kłin of de Połlend;
miętowy ludwik;
mecz Radwy w Jagodzie (mój przekonujący Mąż wywalczył u barmana zmianę kanału z Vivy na Eurosport :P);
muśiśzz,
my tam byli (zdanie wypowiadane w stronę krzyża na Giewoncie ilekroć tylko się na niego spojrzało);
N
Nemst;
Natura Tour (Naturatur);
nasi ostomili;
O
obwarzanki zwane preclami;
odbijanie na Krupówkach;
ola (hola- pozdrawianie turystów w drodze z D5SP na Morskie Oko);
Oshee;
P
proszek do prania od Maxa;
piekarnia ekologiczna Anny Piwowarczyk;
podnoszenie rąk na przejściach dla pieszych (akcja: dawaj przykład na zielonym);
piwniczka;
pająk za oknem (walki w sieci z owadami);
Pan z Tesco :P;
pustelnia;
Pepe Jeans (fajne buty u kolesia);
Pani Wrzos w Tesco;
pyszny ketchup w Trattorii;
pachnące toi-toi`e na festivalu;
psyklaśnijcie;
Pani Halino, coś paniii (w mordę jeża, Panie Paździoooch);
Pani z Litwy (od staroci);
piosenka przewodnia :P:P:P
R
Rafał;
reakcje ludzi na podnoszenie ręki na przejściach;
reakcje ludzi na bulge;
reakcje ludzi na rząd ośmiu guzików przy rozporku w spodniach dresowych Hanego :P;
Rupa Suval from Nepal;
radio grające całą noc w altance właściciela;
Rojal Ejpl;
róg jelenia na rzemyku;
S
serfowanie tramwajem i innymi rzeczami :P;
Sewioło w Suchej;
szopoładownia;
słony cukier;
sssapraszamy na obiady domowe;
Stamford;
Stamary zwane Stemri;
sensualne masowania;
sklep ziołowo- drogeryjny (jak to brzmi! :P);
skurcz uda na Giewoncie (masaż Męża zielikiem i magnez od Maxa);
surykatki (kelnerki- apacze w Jagodzie oraz ich sztafetowe wymarsze za drewniane wrota celem pumpingu na szefie :P);
stara cebula zwana młodą;
suszarka;
suszarka;
Ś
Śwarna;
śmiech kolesia w kinie zabawny na równi ze scenami komedii;
T
Tahoe;
Tischner;
tabliczki z napisami "wolne pokoje", "pokoje", "noclegi";
Trattoria zwana Tortillą;
tutok;
Tyś wielką chlubą naszego narodu;
Totus Tuus;
ta rozczochrana to Williams, a ta druga to Maka`rowa;
Trudne sprawy;
U
unoszone od nasady;
uzarin (zielik przeciwbólowy);
V
verba, czyli werbowanie wśród widowni kandydatów do tańca na scenie;
W
wakacje;
wielka waliza;
warzywniaczek u braci (pełna nazwa: sklep rolno- spożywczy u Ludwika);
warciutko;
Waśniewskie;
Wiking;
wyniki cząstkowe;
Wi-Fi (najlepsze w Jagodzie);
X
XL- ładny boj od widokówek noszący koszulki rozmiaru wielokrotnie zawyżonego w stosunku do swojej sylwetki
Y
Yomosa;
Z
zafarbowany przez jeansy tył białej torby;
zwilgotnienia;
zatwardzenia na drogach do Krakowa i Rabki Zdrój;
Zakochani w Rzymie;
zwierzenia pijanego klienta do barmana Rafała o minetach z mentosem (wszystko w obecności minetobiorczyni:P);
zbyrkadełko;
Zbyrcok;
Ż
Ża-Ża na Kalatówkach po raz kolejny w moje urodziny;
... Ż, jak ŻAL, ŻE TO WSZYSTKO JUŻ ZA NAMI! :(:(:(
Dziękuję Skarbie za kolejne piękne wakacje i porcję niesamowitych wspomnień.
Kocham Cię :*:*:*
piątek, 17 sierpnia 2012
Hooray hooray!!
... it`s a holi holiday :)
Przeminęły ostatnie dni jak i cały rok.
Znów radosna pora nastała, by zabrać swą walizę i wyruszyć w urokliwy zakątek Polski- w góry.
Czas rozpocząć dwutygodniowe wakacje.
Tak upragnione i tak wyczekiwane.
Oby nam Niebo błogosławiło i każdego dnia zsyłało słonko, radość i zdrowie.
Do zobaczenia we wrześniu.
Bywojcie zdrów.
Heeej!
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Ostatni tydzień
i to nie cały, tylko ten roboczy :P
W zasadzie nawet ten nie będzie kompletny, bo w jego połowie wypada święto :)
... i mi się to podoba :D
Jeszcze tak mało zwykłej codziennej udręki.
Od dziś słonko i mam nadzieję, że na długo, choć prognozy ostatniego tygodnia sierpnia nie są ciekawe.
Pozostaje jednak pocieszenie, że to tylko prognozy.
Ostatni tydzień przed wakacyjnym urlopem, to dla mnie (jak wiadomo nie od dziś) okres wzmożonych prac.
I tak z nastaniem poniedziałku organizuję się.
Rozpocząłem od finansów, a właściwie od ich niechętnego ulokowania na kontach bankowych, wszak rachunki opłacić trzeba.
Pranie załączone i niebawem o organizowaniu się do obozu trzeba myśleć, choć o tym to wolę już nie myśleć, chyba zastosuję powiedzenie jednej z pseudo-kierowniczek, która najczęściej powtarza: "pierdol to" :D
Tak najwygodniej i najzdrowiej dla nerwów :P
Waliza już w domu, obuw trekkingowy wyszykowany na zdobywanie szczytów (nie wszystkie szczyty też trzeba zdobywać w obuwiu :P).
Z dnia na dzień rzeczy będzie przybywało. Te zaś najpierw pod żelazko, a potem poukładane będą piętrzyły się do włożenia w walizę.
Och jak ja lubię ten czas!!
A i przebój wakacyjny już też mam :)
Oto łon:
Heej!!
Buziaczki Hany :*:*:*
W zasadzie nawet ten nie będzie kompletny, bo w jego połowie wypada święto :)
... i mi się to podoba :D
Jeszcze tak mało zwykłej codziennej udręki.
Od dziś słonko i mam nadzieję, że na długo, choć prognozy ostatniego tygodnia sierpnia nie są ciekawe.
Pozostaje jednak pocieszenie, że to tylko prognozy.
Ostatni tydzień przed wakacyjnym urlopem, to dla mnie (jak wiadomo nie od dziś) okres wzmożonych prac.
I tak z nastaniem poniedziałku organizuję się.
Rozpocząłem od finansów, a właściwie od ich niechętnego ulokowania na kontach bankowych, wszak rachunki opłacić trzeba.
Pranie załączone i niebawem o organizowaniu się do obozu trzeba myśleć, choć o tym to wolę już nie myśleć, chyba zastosuję powiedzenie jednej z pseudo-kierowniczek, która najczęściej powtarza: "pierdol to" :D
Tak najwygodniej i najzdrowiej dla nerwów :P
Waliza już w domu, obuw trekkingowy wyszykowany na zdobywanie szczytów (nie wszystkie szczyty też trzeba zdobywać w obuwiu :P).
Z dnia na dzień rzeczy będzie przybywało. Te zaś najpierw pod żelazko, a potem poukładane będą piętrzyły się do włożenia w walizę.
Och jak ja lubię ten czas!!
A i przebój wakacyjny już też mam :)
Oto łon:
Heej!!
Buziaczki Hany :*:*:*
sobota, 11 sierpnia 2012
Gdzie jest słonko kiedy śpi...
... czy wilk zawsze bywa zły? :P
Pochłodniało.
Pochłodniało.
Niestety zamiast zaawansowanego lata mamy początki jesieni i to tej w przykrym wydaniu.
Całą noc ulewny deszcz bębnił po parapecie.
Szary i zimny zaś poranek, powodował, że plany mego bardzo szybkiego rozpoczęcia dnia przeciągnęły się do 7:30.
No ale to też wczesna pora.
Wymarsz na zakupy, potem śniadanie i kawa.
Załączyłem też pranie, którego już nie zdążyłem rozwiesić na suszarce, bo trzeba było galopować na dyżur do pracy.
Na szczęście poszło sprawnie i po godzinie z hakiem byłem ponownie w domu :)
Pranie rozwiesiłem (myślałem, że dziś przynajmniej dwa sorty zrobię, ale przy takiej pogodzie trzeba zrezygnować z planów, bo proces suszenia przebiega miernie).
Czekam, aż szpinak mi się całkowicie rozmrozi, by posadzić na nim jajka (jakie pyyyszne zdanie mi wyszło :P).
Za tydzień o tej porze będziemy zmierzać "Janosikiem" w góry.
Jak to miło, że tylko tydzień, choć to będzie długi tydzień, a zarazem pełen pracy.
W pracy chaos po dziesiątym, a i w domu roboczo będzie, jak zawsze przed moim dłuższym urlopem.
No ale przywykłem już do tego.
Mam nadzieję, że Niebiosa uśmiechną się do nas znowu słońce ukazując na oba turnusy :)
Bądź co bądź, radośnie będzie i tak :)
Pogody ducha i radości na te dzisiejsze szarości.
Kocham Cię Hany :*:*:*
Na szczęście poszło sprawnie i po godzinie z hakiem byłem ponownie w domu :)
Pranie rozwiesiłem (myślałem, że dziś przynajmniej dwa sorty zrobię, ale przy takiej pogodzie trzeba zrezygnować z planów, bo proces suszenia przebiega miernie).
Czekam, aż szpinak mi się całkowicie rozmrozi, by posadzić na nim jajka (jakie pyyyszne zdanie mi wyszło :P).
Za tydzień o tej porze będziemy zmierzać "Janosikiem" w góry.
Jak to miło, że tylko tydzień, choć to będzie długi tydzień, a zarazem pełen pracy.
W pracy chaos po dziesiątym, a i w domu roboczo będzie, jak zawsze przed moim dłuższym urlopem.
No ale przywykłem już do tego.
Mam nadzieję, że Niebiosa uśmiechną się do nas znowu słońce ukazując na oba turnusy :)
Bądź co bądź, radośnie będzie i tak :)
Pogody ducha i radości na te dzisiejsze szarości.
Kocham Cię Hany :*:*:*
czwartek, 9 sierpnia 2012
Przedurlopowe wyczekiwania
Zbyt krótkie są przedpołudnia.
Zbyt szybko przemijają mi godziny do dwunastej.
Za długo ciągnie się czas w pracy i za szybko przemijają olimpijskie wieczory.
Praktycznie wydaje mi się, że wstaję po to by iść do obozu i wracam z niego po to, by się przespać, by po nocy znów można było wstać i do niego iść!
Nie wiem czy sprawia to zbliżający się urlop, czy coraz bardziej pogłębia się monotonia dnia...
Bądź co bądź, urlopu mi trzeba i czekam go z WIELKIM utęsknieniem.
Miesiąc na bezchlebiu z codziennymi czwiczeniami (jak mawia pewien redaktor) pomógł mi osiągnąć wymarzony stan ciała, a przez to i ducha :P
Robotnicy od tygodnia "walczą" na rusztowaniach z balkonami w moim pionie blokowo- klatkowym.
Głośno mam do południa.
Szlifierki, wiertary, trzaskania blach...
Całość nie okraszona chociażby jednym miłym osobnikiem :P
W międzyczasie (od postu do postu) kompletuję zawartość walizy urlopowej, bo listę rzeczy niezbędnych mam już zrychtowaną od niedzieli. Zawsze robię ją w niedzielne przedpołudnie na dwa tygodnie przed wyjazdem (kiedy po mszy i po śniadaniu sączę sobie kawę).
Wyjmuję wtedy z segregatora listy z lat ubiegłych i jak przystało na sentymenciarza, czytam, co ja tam wtedy nabazgrałem.
"Pozdrowiłem" sam siebie, kiedy w niedzielę zobaczyłem listę z roku 2010!
Kto to widział brać na 2 tygodnie 3 pary jeansów, 4 koszule i wiele jeszcze zbędnych rzeczy.
Ja teraz zastanawiam się czy w ogóle pakować jeansy?
W koszulach na co dzień nie chodzę, więc wolę większą ilość tiszertów.
No ale przynajmniej śmiesznie mi było, kiedy to czytałem.
Wspomnę jeszcze jak w głos się uśmiałem kiedy czytałem zapiski z wydarzeń sprzed dwóch lat...
Cóż za pilność, by odnotowywać każdą ważną, czy też śmieszną sytuację.
Po upałach nastąpiła pora późno-letnia, albo wczesnojesienna. Mam nadzieję, że prognozy jakie zapowiadają na przyszły tydzień obrócą się w pył i że jakiś miły zwrotnikowy prąd przyniesie nam stamford- pogodę godną lata.
A teraz do znanego na oślep cyklu dnia!
Jeszcze 9 dni.
Tylko 9 dni :)
Buziaczki Hany :*:*:*
Zbyt szybko przemijają mi godziny do dwunastej.
Za długo ciągnie się czas w pracy i za szybko przemijają olimpijskie wieczory.
Praktycznie wydaje mi się, że wstaję po to by iść do obozu i wracam z niego po to, by się przespać, by po nocy znów można było wstać i do niego iść!
Nie wiem czy sprawia to zbliżający się urlop, czy coraz bardziej pogłębia się monotonia dnia...
Bądź co bądź, urlopu mi trzeba i czekam go z WIELKIM utęsknieniem.
Miesiąc na bezchlebiu z codziennymi czwiczeniami (jak mawia pewien redaktor) pomógł mi osiągnąć wymarzony stan ciała, a przez to i ducha :P
Robotnicy od tygodnia "walczą" na rusztowaniach z balkonami w moim pionie blokowo- klatkowym.
Głośno mam do południa.
Szlifierki, wiertary, trzaskania blach...
Całość nie okraszona chociażby jednym miłym osobnikiem :P
W międzyczasie (od postu do postu) kompletuję zawartość walizy urlopowej, bo listę rzeczy niezbędnych mam już zrychtowaną od niedzieli. Zawsze robię ją w niedzielne przedpołudnie na dwa tygodnie przed wyjazdem (kiedy po mszy i po śniadaniu sączę sobie kawę).
Wyjmuję wtedy z segregatora listy z lat ubiegłych i jak przystało na sentymenciarza, czytam, co ja tam wtedy nabazgrałem.
"Pozdrowiłem" sam siebie, kiedy w niedzielę zobaczyłem listę z roku 2010!
Kto to widział brać na 2 tygodnie 3 pary jeansów, 4 koszule i wiele jeszcze zbędnych rzeczy.
Ja teraz zastanawiam się czy w ogóle pakować jeansy?
W koszulach na co dzień nie chodzę, więc wolę większą ilość tiszertów.
No ale przynajmniej śmiesznie mi było, kiedy to czytałem.
Wspomnę jeszcze jak w głos się uśmiałem kiedy czytałem zapiski z wydarzeń sprzed dwóch lat...
Cóż za pilność, by odnotowywać każdą ważną, czy też śmieszną sytuację.
Po upałach nastąpiła pora późno-letnia, albo wczesnojesienna. Mam nadzieję, że prognozy jakie zapowiadają na przyszły tydzień obrócą się w pył i że jakiś miły zwrotnikowy prąd przyniesie nam stamford- pogodę godną lata.
A teraz do znanego na oślep cyklu dnia!
Jeszcze 9 dni.
Tylko 9 dni :)
Buziaczki Hany :*:*:*
piątek, 27 lipca 2012
O cyckaniu słów kilka
Cyckanie, ssanie, ciągnięcie...
Ja dziś o tym pierwszy, choć pokrewne to zjawiska :)
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy byłem przedszkolakiem czyniliśmy sobie dziecięce grupowe schadzki w kąt przedszkolnej sali.
Podczas gdy inne dzieci malowały obrazki, lepiły stworki z plasteliny, czesały lalki, ja z Agą i jeszcze z kimś (najczęściej przypadkowy obserwator), ale nie pamiętam konkretnie kto to był, cyckaliśmy nimm2.
Nimm2 w latach osiemdziesiątych, kiedy cały kraj pogrążony był w komunie...
To wszystko dzięki mej Babci ze strony Taty. To dzięki niej moje "komunistyczne dzieciństwo" "pachniało" i "smakowało" zachodem.
Podczas gdy w kraju pomarańcze można było kupić tylko w Pewex`ie, ja dostawałem w paczkach różnokolorowe słodycze.
Na tych słodyczach wyrósł ze mnie taki ot słodziak :P
...że tak se posłodzę :D
Jak na skromną osobę przystało codziennie brałem do przedszkola 2 cukierki (bo nimm2 są przecież dwa jak w nazwie :P).
Wolałem te pomarańczowe, ale lubiłem Agę, więc z uprzejmości dawałem jej swoją działkę.
Dla mnie pozostawał kwaśny żółty :)
Wspaniałomyślna Aga, by zbiorowo smakować rarytasy, zwoływała mnie i jeszcze jakieś dziecko do kąta i mówiła: "chodźcie sobie pocyckamy".
Piszę to i śmiech mnie ogarnia. Wracają wspomnienia...
Zgrabnie odwijała z cukierka folię.
Co by było higienicznie pół cukierka zawiniętego w folię trzymała dwoma pierwszymi palcami, a druga połowa kusiła kolorem i zapachem wzrok, nos i język...
No i cyckaliśmy.
Ona przodowniczka i potem ja i jeszcze ktoś.
I tak rundy szły w kółku, aż cukierek się skończył (co by było mniej higienicznie) :)
Nazajutrz kiedy wchodziłem do grupy, zawsze witał mnie jej głos: "przyniosłeś?" :)
Wiedziałem, że w porze indywidualnych zabaw będzie znowu cyckanie.
Czemu o tym piszę?
Wracając dziś do domu byłem świadkiem spotkania.
Z jednej strony szła kobieta z paczką słonecznika, łuskając go sobie w zębach.
Z drugiej facet z dzieckiem.
- Cześć- rzekła kobieta do faceta.
- Cześć- odpowiedział- Gdzie idziesz?
- A przed siebie.
- Co tam masz?
- Słonecznik, chcesz se POCYCKAĆ? (usłyszawszy to umarłem ze śmiechu)
- Czym? Przecież nie mam zębów.
... aż mnie mój martwy zabolał :/
Cyckam Cię Hany nawet samymy dziąsłamy :P :*:*:*
Ja dziś o tym pierwszy, choć pokrewne to zjawiska :)
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy byłem przedszkolakiem czyniliśmy sobie dziecięce grupowe schadzki w kąt przedszkolnej sali.
Podczas gdy inne dzieci malowały obrazki, lepiły stworki z plasteliny, czesały lalki, ja z Agą i jeszcze z kimś (najczęściej przypadkowy obserwator), ale nie pamiętam konkretnie kto to był, cyckaliśmy nimm2.
Nimm2 w latach osiemdziesiątych, kiedy cały kraj pogrążony był w komunie...
To wszystko dzięki mej Babci ze strony Taty. To dzięki niej moje "komunistyczne dzieciństwo" "pachniało" i "smakowało" zachodem.
Podczas gdy w kraju pomarańcze można było kupić tylko w Pewex`ie, ja dostawałem w paczkach różnokolorowe słodycze.
Na tych słodyczach wyrósł ze mnie taki ot słodziak :P
...że tak se posłodzę :D
Jak na skromną osobę przystało codziennie brałem do przedszkola 2 cukierki (bo nimm2 są przecież dwa jak w nazwie :P).
Wolałem te pomarańczowe, ale lubiłem Agę, więc z uprzejmości dawałem jej swoją działkę.
Dla mnie pozostawał kwaśny żółty :)
Wspaniałomyślna Aga, by zbiorowo smakować rarytasy, zwoływała mnie i jeszcze jakieś dziecko do kąta i mówiła: "chodźcie sobie pocyckamy".
Piszę to i śmiech mnie ogarnia. Wracają wspomnienia...
Zgrabnie odwijała z cukierka folię.
Co by było higienicznie pół cukierka zawiniętego w folię trzymała dwoma pierwszymi palcami, a druga połowa kusiła kolorem i zapachem wzrok, nos i język...
No i cyckaliśmy.
Ona przodowniczka i potem ja i jeszcze ktoś.
I tak rundy szły w kółku, aż cukierek się skończył (co by było mniej higienicznie) :)
Nazajutrz kiedy wchodziłem do grupy, zawsze witał mnie jej głos: "przyniosłeś?" :)
Wiedziałem, że w porze indywidualnych zabaw będzie znowu cyckanie.
Czemu o tym piszę?
Wracając dziś do domu byłem świadkiem spotkania.
Z jednej strony szła kobieta z paczką słonecznika, łuskając go sobie w zębach.
Z drugiej facet z dzieckiem.
- Cześć- rzekła kobieta do faceta.
- Cześć- odpowiedział- Gdzie idziesz?
- A przed siebie.
- Co tam masz?
- Słonecznik, chcesz se POCYCKAĆ? (usłyszawszy to umarłem ze śmiechu)
- Czym? Przecież nie mam zębów.
... aż mnie mój martwy zabolał :/
Cyckam Cię Hany nawet samymy dziąsłamy :P :*:*:*
Subskrybuj:
Posty (Atom)







