camino

camino

sobota, 30 sierpnia 2014

Powrót


Witam ponownie na moim blogu po dobrych dwóch miesiącach nieobecności.
Zainteresowanym, którzy śledzili nasze codzienne relacje na dodatkowym blogu dziękujemy :)

Czas toczy się dalej.
Cały wymiar urlopu wykorzystany.
Siły nabrane.
Łaski i błogosławieństwo od Jakuba otrzymane.
Wspomnienia na całe życie zapisane szczelnie na dyskach naszych umysłów.

Ostatnio odkryłem umocnienie zdolności kulinarnych :)
Wszystkie moje kuchenne poczynania mają jeszcze smaczniejszy efekt.
Może to znak od Jakuba, że w tym kierunku powinienem iść.

Nadal pozostaję wierny swoim codziennym 11 km marszom, ponieważ bardzo brakuje mi chodzenia.
Przez pierwsze dni po powrocie, nogi same upominały się o to, dając znać bólem :)

W międzyczasie zdążyłem już odwiedzić Hanego, odbyć dwudniowe szkolenie w Łodzi, tudzież skapnął mi kolejny rok życia.
Dziękuję za pamięć, życzenia i prezenty.
Niedawno stałem się posiadaczem zajefajnego smartfona.
Dziękuję Hany za kolejny prezent.

I mimo, że codzienność jest taka jak zawsze to staram się z niej wyłapywać to co najlepsze.
Grunt to optymizm. Tym bardziej, że jesień tuż tuż.

Pozdrawiam i dobrego weekendu życzę 

iloveyou Bejbe

niedziela, 22 czerwca 2014

W Drogę



   Od wczorajszego poranka jestem już u Męża.
Droga minęła mi spokojnie i szybko.
Och jak dobrze być znowu tutaj.
Jest miło, radośnie i Miłośnie.
W Drugim Domu duże poruszenie.
Każde z Rodzeństwa przynosi swój mały kamyczek z imieniem swoim i członków rodziny, a tym samym z intencją tylko sobie znaną.
Tradycją jest zabranie kamyka (symbol trudu pielgrzymowania) ze swojego miejsca zamieszkania, niesienie go praktycznie aż do kresu Drogi (do Cruz de Fero), gdzie na kopcu powstałym przez lata z kamieni pątników, rzuca się go wypowiadając intencję, bądź słowa jakie dyktuje nam serce.
Żartujemy i śmiejemy się z tego, że gdybyśmy dali jakieś regionalne ogłoszenie o znoszeniu kamieni, musielibyśmy jechać do Santiago tirem z naczepą :P
Czujemy się jakby powierzono nam ważną misję do spełnienia.
Oczywiście jest to mission possible :)
Choćby nie wiem co, musimy iść, przejść i... dojść :)
Póki co trwa ostatnie upychania głównego plecaka zaopatrzonego w symbol muszli jakubowej, żółtej strzałki na niebieskim tle oraz symbolu narodowego w postaci polskiej flagi.
Powstało też wiele niepewności związanych z tym co można wziąć do bagażu pokładowego, a co nie.
Hany wykonał telefon na infolinię przewoźnika, tudzież przelotnika :) i już wszystko jasne.
Moje kijki trekkingowe winny być spakowane do wnętrza plecaka.
Jest tam już tak ciasno, a kijki są na tyle długie, że raczej pozostaną w kraju, a na miejscu zakupimy drewniane kije pielgrzyma- klimatycznie, prawda? :)
To zapewne ostatni wpis przed wyjazdem.
Zatem...do następnego posta, najpewniej początkiem sierpnia.

Buen Camino!!!






czwartek, 19 czerwca 2014

Świątecznie a jeszcze przedurlopowo


   Tylko dzień dzieli mnie od rozpoczęcia urlopu.
W sobotę, rankiem, widzę się już z Hanym.
   Kolej lekko zmieniła rozkład i tym samym utrudniła mi świetne jak dotychczas połączenie na Podkarpacie.
Z pomocą przyszła mi Bo, bo podwiezie mnie na pociąg zmierzający na Śląsk.
Dobra z niej koleżanka :)
Ostatnie organizacyjne chwile w domu przede mną.
Dobrze, że dziś wolny dzień to jakoś więcej czasu na ogarnięcie.
Krawcowa na szczęście uporała się z wykończeniem moich spodni trekkingowych :)
W pracy coraz więcej pukf dowiaduje się gdzie jadę.
Kierowniczka nazywa mnie peregrino.
W poniedziałek powiedziała, że Santiago de Compostela to od zawsze jej marzenie.
Hany sprawnie poradził sobie we wtorek z lotniczą odprawą online.
Gotowe bileciki już są.
Założył także naszego nowego, wspólnego bloga na czas naszej nieobecności.
Oto on:
http://moje-santiago.blogspot.com/
Tablet bierzemy ze sobą, więc jeśli tylko nawiążemy połączenie z internetem, to będziemy dzielić się naszą codziennością na Camino.
Trzymajcie kciuki.

Te amo Bejbe :*:*:*


Ps. Właśnie niedawno wróciliśmy z Bo z naszej codziennej trasy.
Mamy na niej swoich (jak ich nazywamy) fanów :)
Przed budynkiem kończącym trasę każdego wieczora zasiadają panie i panowie.
Jedna z kobiet jest bardzo sympatyczna. Zawsze zagaduje do nas.
Z uwagi na to, że dziś był ostatni trening przed wyjazdem- miło pożegnaliśmy się z paniami.
- Dobranoc i do zobaczenia za miesiąc- rozpocząłem.
- A czemu za miesiąc- odpowiedziała ze szczerym zasmuceniem Sympatyczna.
- Bo wyjeżdżamy- odpowiedziała Bo
- Nawet jutro Was nie będzie?- zapytała
- Nie- odpowiedzieliśmy.
- W takim razie będę czekała na Was po powrocie- dodała na koniec nasza ulubienica.

Ps.1
Zabieram ze sobą identyczne spodenki jakie ma pan na fotce z posta :)
Hany mi je kupił. Baaaardzo mi się podobają :)
Moje są niebiesko- żółte :)




sobota, 14 czerwca 2014

Czerwcowo


   Sobotni poranek na Podkarpaciu jak zawsze rozpoczął się romantycznie i miłośnie.
Na przystanku czekał już na mnie Hany.
Miło znowu było zobaczyć wszystkich, tym bardziej, że przed południem przyjechał Tom z chłopakami (Ci zaś z żonami i dziećmi) i Kitty.
Chłopcy dziarsko zabrali się do roboty przy drewnie, a ja z Kitty rychtowaliśmy zupę pieczarkową oraz placki z gulaszem po węgiersku, który z samego rana przygotowywał Mąż.
Popołudnie spędziliśmy już przy stole, przy opowiastkach i śmiechach. Dodatkowo humory podsycała pewna mięta i czarna wiśnia :P
Po odjeździe Rodziny mieliśmy czas dla siebie i korzystaliśmy z niego aż do nocy zmieniając tylko pozycje siedząco leżące :)
To były niezwykle przyjemne chwile u schyłku tygodnia.
Niedzielny poranek rozpoczęliśmy od mszy.
Po przyjściu do domu śniadanie, pieczenie placka z truskawkami oraz zasłuchiwanie się w dźwiękach rmf classic.
Popołudniową porą kolejne odwiedziny.
Tym razem przyszły Siostry Miśka z gościnką.
Czas mijał nam na rozmowach przy smacznych słodkościach i Mężowej orzeźwiającej sałatce jaką zrobił na mój przyjazd :*
Wieczór poprzedzający niechcianą (bo odjazdową) noc gościł się nieubłaganie.
Spędziliśmy te chwile ciesząc się jeszcze swoją bliskością.
O północy trzeba było iść na mój bus i znowu pokonywać powrotne kilometry.
To był mój najkrótszy w dziejach pobyt w Drugim Domu.
   Wracało mi się jak zawsze smutno. Z podróży musiałem iść prosto do pracy, a tam zduta i obrażona na cały świat i wszystkich moja współpracownica.
Co prawda z godziny na godzinę i z dnia na dzień było lepiej, ale to i tak nie uprzyjemniało mi godzin spędzanych w obozie.
Tam jak zwykle jedna śpiewka o wytyczanych celach i stosy raportów do dziennego wysyłania.
Co prawda obecny weekend jest deszczowy i mało przyjemny, ale w tygodniu zagościło prawdziwe lato.
Miłe słońce i żar z nieba.
Pierwsza połowa miesiąca upłynęła mi też stomatologicznie, bowiem byłem częstym gościem na fotelu swego imiennika.
Jedyne na co mogę tylko narzekać to upływ kasy z portfela na ten cel.
No ale... zdrowie jest cenne.
I to nie tylko zdrowie własne i ludzkie, ale i zwierzęcia. Zwłaszcza kiedy jest ono Domownikiem.
Pani L od końca maja boryka się z kłopotami z wiązadłem w prawej przedniej łapce.
Dodatkowo lekarz zastosował Jej dietę wątrobową z uwagi na często pojawiające się kolki.
Zobaczymy jak będzie w niedalekiej przyszłości.
   DNM był tym razem historyczny, bowiem w nocy podczas długiej rozmowy z Siostrą powiedziałem Jej o sobie i Hanym.
Ostatnio mamy dość otwarte relacje ze sobą, a przy okazji odwiedzin u Niej zawsze brakowało mi odwagi by zmienić temat i wyrwać Ją ze swego słowotoku.
Wiedziałem, że jeśli nie zrobię tego teraz, to znowu to się odłoży w czasie.
Siostra powiedziała, że po części to czuła i że jak najbardziej to akceptuje, bo najważniejsze jest Nasze Szczęście.
Zrobiło mi się miło i poczułem taką ulgę na sercu i duszy.
   Nadchodzi ostatni zwyczajny tydzień. Zwyczajne i skrócone pracowanie, bo tylko cztery dni.
Potem już w Drogę. Tak długo wyczekiwaną i przygotowywaną.
Zostało mi jeszcze kilka rzeczy do ogarnięcia i przygotowanie oficjalnej listy rzeczy do spakowania.
Wtedy już będę wiedział na czym stoję :)
Zaraz zabieram się za wypiek rabarbarowca, więc już teraz zapraszam chętnych.
Miłego weekendu.

Kocham Cię Bejbe :*:*:*



piątek, 30 maja 2014

Kolejny szczęśliwy weekend


   Od miesiąca co drugi weekend mam wyjazdowy.
Niezmiernie mnie to cieszy ponieważ ten czas spędzam inaczej niż zwykle.
Najpierw była Majówka u Hanego, (potem) dwa tygodnie temu deszczowy i zimny weekend u Siostry :)
O majówce rozpisywałem się w przedostatnim poście, więc może parę słów o weekendzie z Siostrą...
   Choć pogoda nie dopisała, to sfera duchowa jak najbardziej była pogodna.
W mieszkaniu panowała ciepła rodzinna atmosfera.
Booo?!- Jak zapytałaby Sara...
Nie było szwagra :)
Już pierwszego wieczora gorący i pachnący klimat panował w kuchni.
Postanowiłem zrobić na sobotę fasolkę po bretońsku :)
Potem piliśmy osiemnastoletnie francuskie wino. Przyznam- smaczne.
Gadki-szmatki i przysypiając jakoś dotrwałem do północy.
   Sobotnia ulewa nie przeszkodziła nam w wyjściu na zakupy, a popołudniową porą do kina :)
Na seans wybrałem Casanovę po przejściach.
Mimo iż specyficznego rodzaju to komedia, to czas spędziliśmy miło.
Pierwszy raz na sali kinowej ściągałem buty i skarpetki :D
Po drodze tak zlał nas deszcz (mimo posiadanych parasoli), że musieliśmy w jednym ze sklepów w galerii kupić skarpetki na przebranie, by nie spędzić seansu z mokrymi nogami i nazajutrz rozchorować się.
Film, jak każdy z udziałem lub w reżyserii Woody`ego Allen`a był klimatyczny ze świetną muzyką.
Niesamowicie przypadła mi do gustu ta melodia:



Po seansie pochodziliśmy jeszcze po sklepach w poszukiwaniu fajnych spodenek na mój czerwcowy urlop.
Mierzyłem wiele sztuk, ale w każdej "nie podobałem mi się" :P
Uznałem, że zakupię na allegro termoaktywne spodenki i to będzie najlepszy wybór.
Wieczór jak zwykle kuchenny.
Zapowiadający niedzielny obiad zapach "pykającego" rosołu, porcjowany kurczak na drugodaniowy makaron w sosie śmietanowym z papryką i suszonymi pomidorami oraz wydobywający się z piekarnika aromat pieczonego ciasta z jabłkami...
...i my w rozmowach raczący się orkiszowym piwem miodowym (kolejny browar godny polecenia).
   Niedziela leniwa z rana i taka domowa.
Jedynym wyjściem była wizyta w Kościele na mszy.
Wieczór spędziliśmy grając w scrabble (przegrałem różnicą 1 pkt! :P)
Rano szybka pobudka i wymarsz na dworzec.
Potem prawie 2 godziny szarej podróży...
...i praca.
Dobrze, że miesiąc się kończy.
A czemu dobrze??
Bo zacznie się kolejny i to jak się zacznie!
Dniem dziecka! :)
Z tej okazji zrobiłem sobie i Mężowi prezent w postaci mojej wizyty w Domu II :)
Niesamowite zaczynać miesiąc i kończyć go razem, jednocześnie zaczynając kolejny i potem kolejny :)
Bilety zakupione.
Wieczorem ruszam i z samego rana zawitam na Podkarpaciu.
Ani się nie spostrzegę a już tam będę :)
Fakt faktem godziny przeminą, ale czym jest te kilka godzin w porównaniu z tymi, które spędzimy i to jak spędzimy :)
No chyba, że Hany otworzy szafę i wyjdę w Narnii :)
Oj to by było coś wspaniałego (jak powiada Kitty) :)
Zatem do zobaczenia wczesnym sobotnim porankiem Bejbe :)

Kocham Cię :*:*:*




wtorek, 13 maja 2014

Trzynastego


   Dla jednych pechowa, dla innych zaś szczęśliwa, a przecież nie o cyfrę chodzi, a o nasze podejście do każdego trzynastego dnia w miesiącu (numerologowie z ezo tiwi pewnie przeklęliby mnie za sam wstęp)  :)
Nie daj Boże, jak trzynastka wypada w piątek...
Czasami bywa tak, że w piątek wcale nie musi wypaść trzynastego, a jest pod górkę.
Przekonałem się o tym ostatnio na własnej skórze.
   Nic nie zapowiadało feralnego dnia, który w swej drugiej połowie przyprawił mnie o czarną rozpacz.
Wizyta kontrolna Margaret, a zwłaszcza (na parapecie) efekt jej pogadanki z szfową, był punktem kulminacyjnym obozo-dnia.
Przekonałem się jak zakłamani i fałszywi ludzie reagują na zazdrość o stanowisko i wyżywają się kiedy mają ciut więcej obowiązków niż zawsze.
Na szczęście Margaret była Szwajcarią.
A jako, że mnie lubi zgodziła się na mój szybszy wyjazd w czerwcu.
Mogę (bo muszę) nie przyjść do pracy już 23 czerwca :)
Cieszę się, bo nie ukrywam, że od dawna chodziło za mną załatwienie tej sprawy.
   Weekend upłynął mi roboczo, aktywnie i sportowo.
Tato pojechał na niezbyt miłe, pozarodzinne spotkania okolicznościowe, zatem zostałem jedynym weekendowym opiekunem Pani L.
W sobotę poranne zakupy, spacer z pieskiem, śniadanie, pranie.
Potem trzygodzinny mecz na korcie, którego efektem (poza zmęczeniem) była piękna opalenizna.
Pogoda była cudowna.
Zdążyłem zrobić trzy prania i wszystkie mi poschły.
Popołudniu sprzątałem mieszkanie, a w podwieczorkowej porze poszliśmy na 2 godzinne marsze.
W sumie po 5 godzinach sportowej aktywności oraz po reszcie aktywnych godzin przepracowanych w domu i na spacerach z L, zasnąłem migiem.
W niedzielę rano msza, potem piekłem placek z rabarbarem i kruszonką.
Gotowałem rosół i w międzyczasie marynowałem roztrzaskany schab na kotlety.
Dodatek do niedzielnego obiadu w postaci kompotu zrobiłem jak zawsze w sobotę wieczorem :)
Tato, jak zapowiedział tak przyjechał.
W domu był popołudniu razem z Siostrą i szwagrem.
Mimo sprzeciwów ostatniego w sprawie podania obiadu (bo jedli przed wyjazdem), przyniosłem talerze i wszyscy jedli aż im się uszy trzęsły.
Potem kawa i ciasto.
Zostałem pochwalony jak zawsze przez szwagra za pyszny wypiek.
Uznałem, że przynajmniej w jednej kwestii jest miły i szczery :)
Rozmowy toczyły się na temat naszej pielgrzymki, a nie ukrywam, że to mnie nakręca, więc i nie nudzę się opowiadając o tym :)
Goście pojechali przed 19-tą, a ja zadzwoniłem do Bo, by się zbierała i czyniła zbiórkę przed blokowiskiem do wymarszu na 11 km :)
Nowy tydzień trwa.
Nie ukrywam, że po czarnym piątku, aż strach napawał mnie przed pójściem do pracy, tym bardziej, że miałem świadomość, że do końca tygodnia muszę załatwić ważną sprawę z jednym budżetówkowym dyrektorem.
Akurat spotkanie przypadło na dziś :)
I co się okazało?
Nie taki diabeł straszny jak go malują.
Właśnie dziś, trzynastego, rozmowa mi się udała i przyniosła zamierzony efekt.
Mało tego, podczas niej panowała luźna i życzliwa atmosfera, a to lubię i cenię.

Refleksje na dziś
Lubię przebywać tam gdzie dobrze się czuję.
Lubię ludzi, przy których nie muszę zastanawiać się co powiedzieć, bo każdy temat jest dobry.


Między innymi właśnie za to...
Kocham Cię Bejbe :*:*:*

piątek, 9 maja 2014

Majówka


   Już tydzień minął odkąd przed szóstą w czwartkowy ranek wysiadłem na podkarpackiej ziemi.
Pogoda była dokładnie taka sama jak dziś u mnie- piękne słońce i bezchmurne niebo.
Jak zawsze po wejściu z kuchni do pokoju musiałem wypowiedzieć magiczne zdanie- "wydaje mi się, że byłem tu wczoraj".
Niby wczoraj, ale w następnym pokoju, zwanym Narnią wiele się zmieniło.
Ba! Wszystko się zmieniło.
Pokojowe rewolucje wyczyniane w kwietniu zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
   Zaraz po krótkim odpoczynku i śniadaniu poszliśmy z Hanym do ogrodu.
On kosił fosę i sadził kwiaty, a ja grabiłem dzień wcześniej skoszoną trawę.
Słońce tak pięknie przypiekało, że nie sposób było nie złapać odrobiny brązu :)
To akurat dodatkowy plus i uciecha, bo jakoś w podświadomości tkwi, że było się gdzieś na urlopie.
Tak właśnie oceniam moją majówkę.
Każdorazowy wypad poza moją osadę jest na miarę urlopu. Tym bardziej taki 4 dniowy (mmm jak to pięknie i zarazem podniecająco zabrzmiało- czterodniowy :P).
Potem Hany mocował flagi i dzień przybrał iście pierwszomajowy charakter.
Popołudniu bujaliśmy się na ogrodowej huśtawce i nie tylko.
Domowe bujania przyprawiały mnie o orgazm i czułem jak ulatuje ze mnie nagromadzona miesiącami tęsknota.
Miło było znów z całych sił wtulać się w ukochane ramiona i zasypiać wtulając się tak mocno by stanowić jedno ciało.
   W piątek z samego rana wyszliśmy z domu razem.
Hany do pracy, ja do sklepu.
Oczywiście niemożliwy jest mój odjazd bez tutejszego chleba, tym bardziej, że obiecałem Tatusiowi dwa bochenki :)
Dzień mijał mi na zabawach z Pakulą, łapaniu słonka oraz cukierniczych rewolucjach, które kończyliśmy już wspólnie po powrocie Męża.
Ciasto wyszło wyborne i orzeźwiające.
Puszysty i miękki biszkopt, przepyszna masa i sorbetowo- galaretkowy wierzch.
Mmmm...
Piątkowy wieczór zwiastował też załamanie pogody o czym przekonaliśmy się dzień później.
   W drodze do Rzeszowa zaczęło lekko kropić.
Było zimno i szaro.
Na przekór aurze, czas w PKS`ie upływał nam radośnie na słuchaniu melodii przez słuchawki i odgadywaniu tytułów piosenek :)
Na miejscu czekał już na nas Harry.
Spacerowaliśmy alejkami przy rzece.
Niestety przenikliwy ziąb coraz bardziej wkradał się w moje ciało.
Odmarzanie poczułem dopiero przy gorącej czekoladzie w Niebieskich Migdałach przy Rynku.
Lokalik przytulny, ale totalnie odpychająca tudzież odtulająca kelnerka i szarlotka.
Polecam gorącą czekoladę bananową z przyprawami korzennymi i ciasto z malinami w galaretce (to był zestaw Hanego).
Wczesnym popołudniem wybraliśmy się do kina na Niebo istnieje... Naprawdę.
W skali do stu, średnia filmu została oszacowana na 60.
Film nie jest może jakiś wybitny, ale kilka fajnych scen się w nim zawarło.
Ogólnie miło spędzony czas.
Uwielbiam Rzeszów.
W końcu to dla mnie Miasto Miłości.
Odwiedziliśmy wiele Naszych zakamarków.
Powspominałem trochę.
Zjadłem loda w Myszce, tam gdzie trzeba powiedziałem Króluj Nam Chryste (z dygnięciem :P), pograliśmy w słówka (wyraz dnia: APERITIF), a w porze późnego obiadu poszliśmy do ulubionej pizzerii na pyszne pizze i czaj.
Żeby tradycji nowego obuwia stała się zadość musiałem opatrywać jedną stopę na tylnej kości :)
Znowu but mnie otarł :(
Mimo przemarznięcia, kiedy dojeżdżaliśmy do domu oboje z Miśkiem uznaliśmy, że pierwsze co zrobimy po dotarciu to wypijemy cały sok. Tak bardzo chciało nam się pić.
Normalnie kac w niepogodę :)
   Niedziela też powitała chłodem.
Wybraliśmy się na poranną mszę.
Po powrocie czekał już na nas pyszny rosołek i tak w rytmach najlepszej klasycznej stacji radiowej spędzaliśmy przedpołudnie.
Na obiad zrobiliśmy makaron z kurczakiem, papryką i suszonymi pomidorami w sosie śmietanowym.
Hany stwierdził, że pyszne i powiedział, że będzie taki dań rychtował, bo przecież także wybornym kucharzem i cukiernikiem jest.
Kiedy pytają Goooo, co zrobić by biszkopt był pysznie smaczny, odpowiadaaaa- PONCZUJ PONCZUJ :D:D:D
Na deser poza ciastem miałem wspaniały masaż, za którym tęskniłem.
A że z deseru zrobił się podwieczorek, to też nie odmówiłem konsumpcji.
Hany, budyń jak zawsze wyszedł Ci wyborny :P
I w takich radosnych nastrojach dobrnęliśmy do wieczora.
Nie do końca było aż tak radośnie, bo z każdą mijającą godziną zbliżałem się do dwunastej.
A kiedy już wybiła północ, niczym Kopciuszek musiałem opuścić miłe i bliskie mi progi i gonić do PKS`owskiej karocy.
Co dobre szybko mija, ale w pamięci na zawsze pozostają wszystkie piękne chwile, a mimo krótkiego pobytu było ich mega dużo.
Dziękuję Ci Bejbe raz jeszcze za ten wyjątkowy czas.




Kocham Cię :*:*:*