camino
środa, 27 października 2010
Ostrość patrzenia
To, że z ostrością mego wzroku jest kiepsko, wiem od kilku lat.
Kiedy oglądam w tv mecz tenisowy, to mimo trzydziestu siedmiu cali nie widzę wyraźnego wyniku i zawsze pytam Taty ile jest :)
Sprawę można zbagatelizować i winę zwalić na formę wizualną prezentowanej punktacji (tzn. zbyt jasne tło przy jasnych cyfrach).
Jednakże, jeśli nie dostrzega się tekstu z odległości niezbyt znacznej, to już jest to jakiś sygnał.
Pamiętam jak pięć lat temu przyjechałem do Męża pierwszy raz.
Uwielbialiśmy wkręcać Monię i Anię.
Razu pewnego wybraliśmy się z Monią na spacer.
W drodze powrotnej, zaraz przed chatką udałem, że mnie zabolało oko.
Złapałem się za nie i przystanąłem.
- Co Ci jest?- spytał Hany udając swe przejęcie.
- Moje oko...- wyszeptałem łamiącym się głosem.
- To sztuczne?- spytał Hany, gryząc się niby w język, bo przecież nie miało wyjść na jaw, że mam tylko jedno oko.
Monia struchlała.
Pobladła i pozieleniała.
Miała minę przestraszonego kundelka, a oczy przepełnione troską.
- Oj przepraszam Ramzes (tak mnie nazywali wtedy), przepraszam że o tym powiedziałem, nie gniewaj się na mnie- udawał swoje zażenowanie Mąż.
- Ale... Nic Ci nie jest Rami?- spytała zatroskana Monia.
- Boli- powiedziałem
- Nie jesteś na mnie zły, że się wygadałem Monice?- szepnął Hany.
- Jasne, że nie- odpowiedziałem.
Kiedy po chwili odkryłem oko, Monia przyglądała mi się uważnie.
- ...ale nic nie widać- stwierdziła :)
Nie powiedziałabym, że jest sztuczne- kontynuowała.
Po chwili mnie przytuliła.
I tak Cię luuubię Szłońce- dopowiedziała.
Drugi "popis" daliśmy wieczorem.
Brałem prysznic.
Zawołałem Miśka, by zwabić Go na jakieś pocałunki (Monia jeszcze o nas nie wiedziała, a łazienka była wspólna).
Misiek wszedł.
Zobaczywszy mnie nago podszedł i przycisnął mnie do siebie całując mocno.
- Co tam się stało?- spytała stroskana Monia.
- Ramzesowi wypadło oko i go szukamy- zażartował Mąż mrugając do mnie i całował mnie dalej.
Zachichotałem cicho w otwarte usta Męża.
- Ej, no...- powiedziała z lekką nutą złości, bo wyczuła jakby Mąż lekko śmiał się ze mnie. A tak nie było. No ale ona tego nie wiedziała :) Chciała w mojej obronie stanąć.
Gdy wyszedłem z łazienki, znowu mi się przyglądała.
Zbliżyłem się do niej.
Pochyliłem nad nią.
Wykonałem ruch.
Spuściłem głowę...
- Monia oko mi wypadło- powiedziałem.
Monia schyliła się i zaczęła szukać.
Nie potrafiliśmy już dłużej się śmiać z tego, więc powiedzieliśmy jej całą prawdę.
Finał był taki, że o mało się nie rozpłakała ze złości, że tak ją wkręciliśmy.
Do rana była obrażona.
Potem był kolejny spacer i już wspólne żarty.
Dziś.
Pięć lat po żartach na temat mego wzroku otrzymałem podczas badań okresowych od pani okulistki receptę na okulary.
Lewe oko 0,75, prawe 0,5. Krótkowzroczność.
I nie jest to żart.
Czas więc kupić okularki.
Czekam więc na spotkanie z Hanym, by pomógł mi dobrać coś fajnego, bo ja uwielbiam z Nim robić wiele rzeczy, a zakupy to jedne z nich :)
poniedziałek, 18 października 2010
Nocna rozmowa
Opowiedz mi o tym że nie stanie się tak,
Że kiedyś miniemy się, obojętni jak wiatr.
Chce usłyszeć, że jeszcze w nas ukryte jest to,
Co w żyłach rozpala krew, namiętność i blask.
Ta nocna rozmowa kiedy ciemność zakrywa twarz,
Niesie słowa, które śpią w głębi nas
Ta nocna rozmowa, tak bardzo przybliża nas
Słabną słowa, które budzą w nas strach...
Że kiedyś miniemy się, obojętni jak wiatr.
Chce usłyszeć, że jeszcze w nas ukryte jest to,
Co w żyłach rozpala krew, namiętność i blask.
Ta nocna rozmowa kiedy ciemność zakrywa twarz,
Niesie słowa, które śpią w głębi nas
Ta nocna rozmowa, tak bardzo przybliża nas
Słabną słowa, które budzą w nas strach...
piątek, 15 października 2010
Równowaga wewnętrzna
Sporo czasu już minęło od mego ostatniego wpisu.
Trochę zaniedbałem sferę blogową, ale to nie nastąpiło tak "od niechcenia".
Moje życie przez ostatnie dwa tygodnie, to ciągła bieganina i wyścig z czasem.
Zastanawiam się dlaczego tak często ogarnia mnie "stres" związany z jego brakiem.
Tyle czynności wykonuję, a wydaje mi się, że nieustannie stoję w miejscu. Jak kompletna niedorajda.
Wcześniej była praca i dom w znaczeniu azyl, odpoczynek, relaks.
Teraz jest praca (tu zawsze jest kołowrotek) i dom, ale w znaczeniu "druga praca".
Stało się tak na skutek dokuczliwego bólu nogi u Tatusia.
"Spadek" przydzielił mi wiele obowiązków. W związku z tym, że jestem jedynym "spadkobiercą" otrzymałem wszystko.
WSZYSTKO.
Mój dom stał się dla mnie drugim etatem. Nie, że się skarżę.
Wiem, że tak musi być. Czasami brak mi siły i w moje myśli płyną smutki i żale, a serce cicho kwili.
Jest mi ciężko, ale wiem że muszę dać radę. Musze to przetrwać. Ciężkie chwile są po to przecież, by po nich nastąpiły te dobre i radosne.
Gdy wracam z pracy do domu, to nie wiem, czy najpierw wyjść z Panią L na spacer, czy zabrać się za robienie obiadu. Dylemat właściwego zagospodarowania czasu.
Nie pójdę z L. to będzie jej się powiększał pęcherz moczowy, a to jest niezdrowe.
Nie zacznę robić obiadu, Tato będzie dłużej na niego czekał, a co za tym idzie- narastające uczucie głodu.
Normalna reakcja żywego organizmu moich dwóch Domowników- Dwunoga i Czworonoga. Siebie już nawet nie liczę.
Po rozwiązaniu sprawy fizjologicznej i kulinarnej jest wyciszenie.
Krótki poobiedni odpoczynek.
Potem zmywanie naczyń. Wszystko na pełnych obrotach.
Czasami nawet nie chce mi się włączać laptopa by cokolwiek sprawdzić.
Nawet na gadu z Hanym nie przesiaduję tyle co zwykle.
Na podwieczorek serwuję jakąś herbatkę i ciastka. Towarzyszę trochę Tacie, bo przecież pół dnia mnie z Nim nie ma. Potem znowu spacer z L, jej mycie i szykowanie kolacji.
Następnie podawanie lekarstw, ścielenie łóżka i masaż Taty (przydałby się kurs u Męża).
Sobą zajmuję się na końcu. Najczęściej jest koło 22-ej. Wtedy też wiem, że czeka mnie najprzyjemniejsza chwila dnia. Moja chwila- rozmowa z Kochanym.
Tak oto radośnie wieńczę dzień i ładuję siły na zmagania z kolejnym.
Myśl, że mam wsparcie w Mężu i Jego Rodzinie jest bardzo budująca i nie prowadzi do załamań. Dziękuję Wam za to :*
Pochwalę się, że Mój Ukochany, który słynie z obdarowywania mnie Miłością i prezentami, podarował mi na piątą rocznicę naszego związku (która za niecały miesiąc), kuchennego robota!
Wie ile czasu spędzam w kuchni i chciał temu zaradzić. Dzięki Niemu będę teraz szybciej piekł ciasta. Zwłaszcza w święta, kiedy przyjdzie maraton kuchenny.
Dziś też spotkała mnie przemiła niespodzianka.
Otrzymałem przesyłkę.
Po piśmie na kopercie oceniłem, że to od Dziewczyn. Ale co to może być?
W poniedziałek są moje/ nasze imieniny i Kitty z Sarą podarowały mi wielki promyk radości.
Oboje z Mężem nie obchodzimy imienin, ale niespodziewany prezent ucieszył mnie podwójnie. Zachowanie jak u dziecka, ale przecież wielką zaletą jest posiadać jakieś pierwiastki dziecka w dorosłym życiu.
Poza ślicznymi karteczkami i życzeniami dostałem czerwone bokserki z optymistycznym planem dnia (dość w temacie :P), który głosi następujące trzy etapy: wstać, zjeść, iść spać.
Super!
Dostałem także piękny książeczkowy kalendarz z sentencjami na każdy dzień pt.: "Słońce na cały rok".
Po przekartkowaniu zrobiło mi się cieplej z optymistycznych myśli jakie zeń płyną.
Niech zwieńczeniem posta będą słowa z tylnej części twardej oprawy:
"Czyż nie byłoby to piękne,
gdyby każdego dnia świeciło słońce?
Gdyby szczęście i dobry humor
dopisywały nam co dnia?
Jeśli zawarte w tej książeczce
promyki myśli trafią do ciebie,
będę z tego bardzo rad"
Gerald Drews & Dziewczęta i s-ka
Trochę zaniedbałem sferę blogową, ale to nie nastąpiło tak "od niechcenia".
Moje życie przez ostatnie dwa tygodnie, to ciągła bieganina i wyścig z czasem.
Zastanawiam się dlaczego tak często ogarnia mnie "stres" związany z jego brakiem.
Tyle czynności wykonuję, a wydaje mi się, że nieustannie stoję w miejscu. Jak kompletna niedorajda.
Wcześniej była praca i dom w znaczeniu azyl, odpoczynek, relaks.
Teraz jest praca (tu zawsze jest kołowrotek) i dom, ale w znaczeniu "druga praca".
Stało się tak na skutek dokuczliwego bólu nogi u Tatusia.
"Spadek" przydzielił mi wiele obowiązków. W związku z tym, że jestem jedynym "spadkobiercą" otrzymałem wszystko.
WSZYSTKO.
Mój dom stał się dla mnie drugim etatem. Nie, że się skarżę.
Wiem, że tak musi być. Czasami brak mi siły i w moje myśli płyną smutki i żale, a serce cicho kwili.
Jest mi ciężko, ale wiem że muszę dać radę. Musze to przetrwać. Ciężkie chwile są po to przecież, by po nich nastąpiły te dobre i radosne.
Gdy wracam z pracy do domu, to nie wiem, czy najpierw wyjść z Panią L na spacer, czy zabrać się za robienie obiadu. Dylemat właściwego zagospodarowania czasu.
Nie pójdę z L. to będzie jej się powiększał pęcherz moczowy, a to jest niezdrowe.
Nie zacznę robić obiadu, Tato będzie dłużej na niego czekał, a co za tym idzie- narastające uczucie głodu.
Normalna reakcja żywego organizmu moich dwóch Domowników- Dwunoga i Czworonoga. Siebie już nawet nie liczę.
Po rozwiązaniu sprawy fizjologicznej i kulinarnej jest wyciszenie.
Krótki poobiedni odpoczynek.
Potem zmywanie naczyń. Wszystko na pełnych obrotach.
Czasami nawet nie chce mi się włączać laptopa by cokolwiek sprawdzić.
Nawet na gadu z Hanym nie przesiaduję tyle co zwykle.
Na podwieczorek serwuję jakąś herbatkę i ciastka. Towarzyszę trochę Tacie, bo przecież pół dnia mnie z Nim nie ma. Potem znowu spacer z L, jej mycie i szykowanie kolacji.
Następnie podawanie lekarstw, ścielenie łóżka i masaż Taty (przydałby się kurs u Męża).
Sobą zajmuję się na końcu. Najczęściej jest koło 22-ej. Wtedy też wiem, że czeka mnie najprzyjemniejsza chwila dnia. Moja chwila- rozmowa z Kochanym.
Tak oto radośnie wieńczę dzień i ładuję siły na zmagania z kolejnym.
Myśl, że mam wsparcie w Mężu i Jego Rodzinie jest bardzo budująca i nie prowadzi do załamań. Dziękuję Wam za to :*
Pochwalę się, że Mój Ukochany, który słynie z obdarowywania mnie Miłością i prezentami, podarował mi na piątą rocznicę naszego związku (która za niecały miesiąc), kuchennego robota!
Wie ile czasu spędzam w kuchni i chciał temu zaradzić. Dzięki Niemu będę teraz szybciej piekł ciasta. Zwłaszcza w święta, kiedy przyjdzie maraton kuchenny.
Dziś też spotkała mnie przemiła niespodzianka.
Otrzymałem przesyłkę.
Po piśmie na kopercie oceniłem, że to od Dziewczyn. Ale co to może być?
W poniedziałek są moje/ nasze imieniny i Kitty z Sarą podarowały mi wielki promyk radości.
Oboje z Mężem nie obchodzimy imienin, ale niespodziewany prezent ucieszył mnie podwójnie. Zachowanie jak u dziecka, ale przecież wielką zaletą jest posiadać jakieś pierwiastki dziecka w dorosłym życiu.
Poza ślicznymi karteczkami i życzeniami dostałem czerwone bokserki z optymistycznym planem dnia (dość w temacie :P), który głosi następujące trzy etapy: wstać, zjeść, iść spać.
Super!
Dostałem także piękny książeczkowy kalendarz z sentencjami na każdy dzień pt.: "Słońce na cały rok".
Po przekartkowaniu zrobiło mi się cieplej z optymistycznych myśli jakie zeń płyną.
Niech zwieńczeniem posta będą słowa z tylnej części twardej oprawy:
"Czyż nie byłoby to piękne,
gdyby każdego dnia świeciło słońce?
Gdyby szczęście i dobry humor
dopisywały nam co dnia?
Jeśli zawarte w tej książeczce
promyki myśli trafią do ciebie,
będę z tego bardzo rad"
Gerald Drews & Dziewczęta i s-ka
poniedziałek, 4 października 2010
Festiwalowo i gościnnie w dniu ósmym
Noc po dniu przepełnionym słońcem i to w wysokich partiach górskich, dała nam się odczuć z namiastką. Każdy ruch, każda zmiana pozycji ciała, każde otarcie skórą o pościel, powodowało ból.
Szyja, kark i ramiona, czyli miejsca najbardziej nasłonecznione bolały niemiłosiernie.
Chyba całą noc trzeba byłoby spędzić w Egipcie, kąpiąc się u Kleopatry w kozim mleku :)
Niedziela powitała nas błękitem nieba i pełnią słonecznego światła już o poranku.
Światła ducha miała nam dodać poranna msza :)
Co tu na siebie włożyć?
Jest ciepło, więc zakładam japonki- powiedziałem sam do siebie.
Nie wypada iść w krótkich spodenkach, a z długich zabrałem ze sobą dwie pary jeansów.
Jeans, to mało odpowiedni materiał na taką pogodę. Jest za gruby, za sztywny, za mało elastyczny, za ciężki,... nie taki jak trzeba.
Przymierz te- powiedział Mąż podając mi jedne ze swojej kolekcji.
Fajne, luzackie, zrobione z cienkiego materiału spodnie H&M z wiązaniami przy zakończeniach nogawek. Leżą dobrze, więc z wielką wdzięcznością całuję Go namiętnie w usta. Zakładam także jedyną koszulę jaką zabrałem ze sobą.
Elegancka i luzacka zarazem w czerwono biało niebieską krateczkę.
Ma długie rękawy, ale jak je podwinę, to dobrze będzie się to komponowało z luzacką całością :)
Na szyję zakładam muszelkę, stylizuję włosy i jestem już prawie gotowy.
Prawie, bo coś mnie jeszcze zatrzymuje.
Hany mnie pogania mówiąc, że się spóźnimy.
Co mam jednak poradzić jak "coś" przychodzi samo i to niezależnie, czy się spieszymy, czy siedzimy bezczynnie.
Człowiek je, to i "coś" się chce :)
Przecież każdy to robi, więc czemu mam nie napisać, że i ja to robię.
Opisuję już dzień ósmy i tak pierwszy raz o tym, więc myślicie, że ja raz na tydzień?
Nie! :)
Codziennie :):P
Mamy piętnaście minut- słyszę zza drzwi.
Czemu ja się nie potrafię wyrobić na czas?
Nawet jakbym wstał trzy godziny przed czasem, to pewnie do ostatnich minut miałbym co robić.
No tak mam i nic na to nie poradzę.
Na domiar wszystkiego nogi mam jak z betonu po wczorajszej wspinaczce.
Do Kościoła dochodzimy na czas (o dziwo dałem radę).
Po mszy idziemy do domku przebrać się na "bardziej krótko". Mamy jeszcze sporo czasu nim przyjadą Mateo z Roxi.
Właśnie przyszedł sms-a, że są sporo przed Zakopanem.
Spacerkiem podążamy na Krupówki. Po drodze Misiek kupuje sznurkowego oscypka. Mimo zmiany kształtu, nie mam na niego ochoty. Przejadły mi się już te firmowe specjały. Nie chcę poczuć tego smaku w ustach.
Siedzimy vis a vis poczty.
Mimo niedzieli młode pracownice tej spółki rozkładają przed budynkiem pocztowy kramik z kartkami i znaczkami. Stare wyjadaczki zrobiły sobie wolne i leżą do góry brzuchami trawiąc niedzielne śniadanie, a młodzież zwiększa obroty.
Oby im na zdrowie wyszło- myślę sobie.
Sięgam po sznurek oscypka (jednak)!!!
Jest lekko zamarznięty.
Mimo wszystko smakuje mi.
Jest inny niż te w kształcie mydełek, wałków, itp.
Smakuje jak mięso, choć nim nie jest. Coś jakby sojowe, ale nitki sznurka ciągną się niczym włókna w mięsie wołowym.
Nagle słyszę:
- Łukasz!
Podnoszę głowę.
Grzesiek z bloku obok ode mnie z miasta.
Cieszy się.
Często się cieszy jak go widuję.
Taka już natura wesołego człowieka.
Podchodzi.
Przekręcam głowę w lewo.
Podchodzi Kaśka (jego żona, a moja koleżanka) z synkiem siedzącym "na barana".
Uśmiecha się.
Ale ten świat mały.
Grzesiek podchodzi podaje rękę.
Wstaję.
Wyciągam swoją.
Wita się także z Hanym.
Zbliża się Kaśka.
- Cześć. Tak myślałem kogo ja spotkam ze swojego miasta- mówię.
- Hej- odpowiada z uśmiechem.
Znowu uśmiech.
Podchodzi też jej mama.
Mówię jej "dzień dobry".
Wypada jakoś zagadać, więc pytam standardowo o to, o co zazwyczaj się pyta napotkanego turystę- znajomego, tzn. kiedy przyjechali, na ile i takie tam.
Okazuje się, że to forma spędzenia wolnego weekendu. Wieczorem wracają do domu, bo rano do pracy trzeba iść.
Bez uśmiechu.
No tak, praca. Nie to co my- urlop.
Och jak dobrze mieć urlop.
Niech żyją urlopy!
Dzwonię do Taty.
Muszę się dowiedzieć jak się czuje, co robi, co je, czy Go aby coś nie boli.
Niestety noga nadal boli.
Biedna Pani L, nie wyszaleje się ganiając po polu. Wypuszcza ją Trudi, więc nie można wymagać, by ganiała za nią po łące.
Łazimy wzdłuż "zakopiańskiej promenady" póki co bez celu.
Wyznaczona grupa organizacyjna ustawia ogrodzenie z linek odgradzając główny trakt od poboczy.
Szykują się na przemarsz krajów biorących udział w festiwalu folklorystycznym.
Kolejny sms od Mateo.
Już są.
Umawiamy się na początku Krupówek, koło banku PKO.
Idą.
Ciekawe jaka będzie ta Roxi- myślę :)
Pierwsze zetknięcie się z nią, było rzeczywiście takie, jak z opowieści Męża.
Kilka zabawniejszych słów, a w niej następuje coś na miarę zapowietrzenia się, po czym bezgdźwięczna chwila przeradza się w długi wybuch śmiechu. O ile to nie atak.
Nie śmieję się z tego, co opowiadają tylko uśmiech sam mi się maluje na twarzy, kiedy docierają do mnie odgłosy "wybuchu" :)
Po dwóch długościach przemarszu festiwalową trasą, przystajemy by pooglądać tą paradę. Ocenić kulturę europejską a nawet pozaeuropejską. Zwyczaje, stroje, urodę. Szczególnie tą męską :)
Mateo z Roxi idą do samochodu.
Przyszł pora dla niej by podać sobie insulinę. Niestety cierpi na cukrzycę :(
W tle słychać bębny, muzykę, i oklaski, a przed nami maszeruje pierwsza reprezentacja Polski
Następna w kolejności jest Ukraina
Po niej Serbia
Następnie Portugalia, na czele z Ratatuj-em (nazywamy go tak ze względu na ten nosek; gdyby tak miał wąsy jak bajkowy szczurek to pewnie by je tak miło przymarszczał upodabniając się idealnie do oryginału :P)
Kolejna jest Argentyna
Potem druga reprezentacja Polski
Bułgaria
Francja, a w zasadzie polskie Ciacho (Hany) między francuskimi babeczkami :)
Macedonia
Trzecia ekipa z Polski
Rumunia
Słowenia
Włochy
Grecja
Czechy
Bośnia i Hercegowina
Czwarta reprezentacja Polski
i na koniec chyba najbardziej efektowna Turcja
Czechy
Bośnia i Hercegowina
Czwarta reprezentacja Polski
i na koniec chyba najbardziej efektowna Turcja
Dodam, że podczas przemarszu słońce znajdowało się w swym najwyższym punkcie. Przy bezchmurnym zaś niebie paliło niczym żar. Jego razy w odsłonięte przez krótki rękawek ramiona, były wręcz bolesne.
Po zakończonej paradzie udaliśmy się na obiad.
Dziś postanowiliśmy zadebiutować w słynnym "Da Adamo".
Z zewnątrz rzeczywiście pokaźnie ten lokal nie wygląda. Gdy się wchodzi, to aż się wierzyć nie chce, że z pozoru mała przydrożna knajpka może być aż tak duża!
Miejsca wypełnione po brzegi.
Rozglądamy się upatrując wolnego siedziska, niczym rozbitkowie okrętu.
Podchodzi kelner- Pan "Proszę Bardzo".
Zaprasza nas na pokoje vip-owskie.
Wchodzimy więc w ciasny korytarzyk, z którego są wejścia do pokoi.
Wybieramy tzw. green room :)
Dostajemy karty.
Jako, że widzę pierwszy raz menu tego lokalu, to wpatruję się weń niczym sroka w gnat :)
No i jak zwykle ciężko się na coś zdecydować.
Mąż jak zwykle bezproblemowo. Otwiera widzi coś makaronowego i już.
Spaghetti raz.
Wcześniej kwaśnica.
A ja? Nie wiem. Nie potrafię się zdecydować.
Kelner już obskakuje nasz stół (zrobiony ze stołu bilardowego).
Przy każdym wyrazie składanego zamówienia ze strony moich Współtowarzyszy, z jego ust pada "proszę bardzo".
- Proszę zupę gulaszową...- zaczynam nieśmiało.
- Proszę bardzo.
- ... karczek po zbójnicku...
- Proszę bardzo.
- ... i sok pomarańczowy.
- Proszę bardzo.
Pierwszy staje przede mną sok.
Proszę bardzo- of course.
Sok malutki i ciepły- źle!
Zupa gulaszowa, to nie zupa tylko gulasz. Gdybym wiedział, to bym nie brał drugiego dania :)
Do pierwszego dania dostaję jeszcze bułkę pieczoną na piecu.
Taka a`la pita- dst.
Kelner myli mój karczek z kotletem po zbójnicku zamawianym przez Mateo. Na domiar wszystkiego zamiast pieczonych ziemniaków, dostaję frytki.
Ogólnie jest smacznie i dużo wszystkiego- czyli tak jak w recenzjach "z usłyszenia".
Domawiam jeszcze colę, bo ja to jak gęś, muszę mieć czym popijać, a sok przy swej temperaturze i kwaśności doprowadzi mnie do zgagi :P
Godzina mija nam bardzo przyjemnie na rozmowach i śmiechach.
Równie śmiesznie jest na Dolnych Krupówkach.
Oglądamy owczarki podhalańskie, które wystawiane są na sprzedaż.
Urocze białe kule ze słodkimi oczkami spoglądają z każdego koszyka.
Obok chłopca, który trzyma pieska na rękach, stoi góral.
Wiek zasłużony.
Hany ogląda czworonoga z zachwytem.
- Co tak oglądas i tak Cie nie stać na nigo- rzuca góral.
- A skąd Pan wie, że nie stać.
- Kasy Ty nie mas.
- Mam.
- Nie mas. Widze jakześ ubrany.
(Góral ma albo wypatrzony gust, albo gada tak z przekory)
- Po co Ci pies?- rzuca w dalszej części.
- Do pilnowania domu.
- A jaki mas dom?
- Duży.
- A bude mas?
- Nie.
- To po co Ci pies jak ni mas budy?
- A po co mi buda jak nie mam psa?
(Hany ma psa)
- A zegarek jaki mas?
(Ogląda Lorusa Męża)
- Eee, cienki ten zegarek mas. A komórkę jaką mas?
- Lepszą niż Pan.
- Pokas
(Góral wyjmuje swoją cegłę)
(Misiek swój nowy nabytek)
- O! Komórke to Ty mas dobrą!- pada w finale.
W trójkę prychamy śmiechem, bo Roxi jeszcze jest w trzeciej fazie zapowietrzenia, więc atak będzie za 3 sekundy :)
Idziemy podziwiać odważnych skoczków bungee.
Od samego patrzenia dostaję ścisku w żołądku. Podziwiam odważnych. Brrr!
Słońce drażni moją opaleniznę. Piecze cholernie. Zasłaniam okolice łokci i szukam cienia.
Znajdujemy go w barze coctailowym. Jest miło no i tłoczno od ludzi.
W końcu niedziela i to słoneczna, więc każdy szuka ochłody.
Zostaję sam na sam przy z stoliku z Roxi.
Mąż poszedł po drinki, a Mateo po coś dla siebie i swojej dziewczyny.
- Długo już jesteście razem?- zaskakuje mnie pytaniem.
Nie wiedziałem, że o nas wie. Nim dociera do mnie ta świadomość, mija klika sekund.
- 6 lat- odpowiadam.
-O jej!!!- wykrzykuje z uznaniem. To ja z Mateuszem od roku.
- No to też już coś- odpowiadam, by i jej "stażowo" zrobiło się przyjemnie.
- Jejku, to długo jesteście razem- wtóruje jak w amoku jakimś.
- Znamy się sześć lat, a jesteśmy razem ze sobą od pięciu- konkretyzuję.
- Fajnie. A często się widujecie?
- Kilka razy w roku.
- My dwa, trzy razy w tygodniu.
- No my na Sylwestra, potem w marcu, maju, sierpniu i listopadzie.
- A to chyba nawet tak fajniej.
- Czemu?!
- Bo jak się tyle nie widzicie, to potem jest o czym gadać.
- Spotykamy się średnio co 2,5 miesiąca, klikamy na gadu i jeszcze codziennie wieczorem rozmawiamy przez telefon. Uwierz mi, że zawsze mamy o czym gadać.
- No to fajnie. My też czasami gadamy przez telefon, ale Mateusz zawsze mi mówi, że mam inny głos i jakoś tak dziwnie się rozmawia.
Uśmiecham się.
Daleko macie do siebie?- pyta.
- No ponad 300 km.
- O ja!!! No my tylko kilka- odpowiada zadowolona.
- Zazdroszczę. A Ty też z Gorlic?
- Tak. To znaczy mieszkałam kiedyś, a teraz mieszkam niedaleko miasta.
Byłeś kiedyś w Gorlicach?
- Tak, trzy razy. Ostatni raz w maju na pogrzebie.
- Znałeś Danusię?
- Tak. Poznałem Ją rok wcześniej na komunii Gabrysi.
- Ja ciągle nie mogę uwierzyć, że jej nie ma.
- No tak. To takie niesprawiedliwe. Ja też to przeżyłem, więc wiem jak to jest.
- Wiesz... Mateusz czasami jeszcze się tak zamyśla i wyłącza z rzeczywistości. Dopiero po chwili "sprowadza się" na ziemię. Ciągle myśli o Danusi.
- Szkoda mi Go.
- Nie mogłam być wtedy na pogrzebie. Byłam w szpitalu w Krakowie. Miałam holter. Wypisałam się na własne żądanie, ale nie miał kto po mnie przyjechać.
Moja mama była.
Mówiła, że Mateusz strasznie to przeżywał...
Tu przerwała, bo do stolika podszedł Mateo z czterema porcjami ciasta z jagodami i galaretką, a po chwili Hany z drinkami.
Roxi dostała koktajl jagodowy do kompletu, ale po chwili stwierdziła, że to ją " nie orzeźwiowuje".
Uśmiałem się z tego określenia. Potem jak rozmawiałem z Hanym, to zwierzył mi się, że też to wyłapał :)
W gruncie rzeczy Roxi mimo zabawnego śmiechu okazała się normalną dziewczyną. Taką, z którą można się pośmiać, ale i porozmawiać, bo gaduła z niej niesamowita. Na pamiątkę zrobiliśmy sobie grupową fotkę.
Po Ich odjeździe poszliśmy na dworzec autobusowy, by odebrać Micia z Sylwią.
Poznaję kolejnego członka rodziny Męża.
Oboje okazują się sympatyczną młodzieżą, z którą pewnie miło będzie na jutrzejszym szlaku w kierunku Kasprowego.
poniedziałek, 27 września 2010
Szpilki na Giewoncie, czyli dzień siódmy
8:00
Na niebie wielki błękit.
Słońce odważnie przygrzewa mimo wczesnej jeszcze pory.
W powietrzu czuć podwyższoną wilgotność.
Staram się iść równym, aczkolwiek nie szybkim krokiem.
Dziś solidny sprawdzian mojej kondycji, po wczorajszych przedbiegach na Morskim.
Mąż jak zawsze pełen sił i wigoru. Aktywny znaczy się.
Do Kuźnic dotarłem już jakby zmęczony.
Po drodze mijaliśmy ładną fontannę.
Jej kute obramowania miło opryskiwane były milionami wzbijających się w powietrze kropelek rozpylonej wody.
Słońce zaś tak pięknie przyświecało w ich tle, że można było dostrzec tęczowe odblaski.
Pomyśleliśmy, że wyjdzie tu piękne zdjęcie.
No to Hany poszedł pierwszy.
Ustawia się.
Łapię najlepszą ostrość (bo pod słońce to ciężko) i w tym momencie, ktoś jakby nam pokrzyżował wizję. Fontanna przestała tryskać wodą :(
Koniec.
Nic.
Nawet kropelka nie uleciała.
Nawet pół.
Kap, kap- rozeszło się puste wołanie o wodę w naszych umysłach.
Przed wejściem na szlak Mąż wzmocnił się kupując sok z grejpfrutów (świeżo wyciskanych na oczach klienta), a ja zażyczyłem sobie czekoladowego świderka :)
Myślałem, że jak czekoladowy, to doda mi energii.
Cholerstwo mnie tak zwolniło, że truchtałem jak mrówka.
Dodatkowo swą uwagę zamiast skupiać na tym gdzie i po czym idę, musiałem skupić bardziej na lizaniu i na tym by się nie ubabrać.
Wiadomo, że przy takim longerze to nie trudno o to :)
Misiek 100 metrów przede mną.
Ja czuję, że zamiast pokonywać trasę, stoję w miejscu.
W dodatku jest cały czas pod górkę.
Pozdrawiam Cię- padło w końcu w moim kierunku Jego "oskarżenie".
W takim tempie dojdziemy na szczyt koło 16-tej- kontynuuje.
Milczę.
Trawię słowa.
Trawię też loda.
Czuję, że zaraz przyjdzie właściwa reakcja na mój dołkowy stan.
Jest!
Przyszła!
Jaaa?! Ja powolny?! Osz kurwasz, do dzieła Tahoe. Pokaż na co Cię stać.
Układam w zamyśle plan, by mimo zmęczenia przyspieszać i w glorii chwały wyprzedzać ludzi, którzy mnie mijali.
Udaje się.
Mijam zieloną koszulkę, która mnie przegoniła gdy byłem w połowie lizania świderka vel spowalniacza.
Radość.
Mijam małżeństwo z dzieckiem.
Potrójna radość.
I tak osoba po osobie napawałem się hartem ducha.
Hany zdziwiony rzekł- no widzę, że kryzys minął :)
Oj tak. Kryzys minął, ale zmęczenie jest.
Postanawiam kontynuować plan z małą modyfikacją.
Skoro wyprzedziłem już tyle osób, to teraz wystarczy trzymać tempo i nie dać się prześcignąć. Hart ducha nie ucierpi na tym, a zmęczenie nie będzie tak doskwierało.
To działa!
Idę więc już na równi z Mężem.
Ja i mój Hart, a zaraz gdzieś tam obok moje zmęczenie.
Cała nasza paczka mija piękne okolice. Widoki mimo, że jeszcze nie "z góry", to już zapierają dech w piersi.
No ale nie żeby za bardzo, bo zmęczenie się dowie.
A po kilkunastu minutach odpoczynek się należy :)
Póki co jednak, czeka nas spowita kamieniami trasa schodkowa.
Z każdym stopniem czuję jakby w moje uda był wlewany beton.
Nic jednak nie jest w stanie lepiej zrekompensować zmęczenia jak towarzystwo Męża i piękne widoki jakie rozpościerają się dookoła kamienistej trasy wijącej się serpentynami niczym długaśna anakonda.
W którą stronę świata by nie patrzeć, usta otwierają się z zachwytu, a wiatr silniej wiejący uderza o nie wytwarzając dźwięk.
Otwierając i zamykając szybciej usta można go wyraźnie usłyszeć.
Fajne uczucie :)
Kamienne schodki, a w zasadzie trasa z nich spowita, dopadają też moje zmęczenie.
Uff, nie dogoniło mnie jeszcze, więc co wyrwę w górę, to po kilkunastu schodkach staję, by odpocząć i oglądam się za siebie, czy przypadkiem zmęczenie nie jest tuż za mną :)
Jest coraz bliżej ale nie daję mu się.
Moje chwilowe odpoczynki nie są też bezczynne.
Wymija mnie sporo ładnych męskich nóg i stóp osadzonych w stopki, wepchniętych w sportowy obuw :)
Nie jem, ale oczy karmię tym widokiem :)
Yummy!!
Mniej więcej na tej wysokości, gdy już widać kres schodków i sporą płaską przestrzeń, z której pod krzyż na szczycie Giewontu jest tylko 30 minut drogi, byliśmy świadkami dramatycznie śmiesznej sceny.
Mijaliśmy parę.
Dziewczyna umęczona trasą rzecze do swego chłopca:
"Nie no! To nie ma najmniejszego sensu. Nie idę dalej".
Zatrzymali się.
Chłopak popatrzył na nią z ogromnym zaskoczeniem. Nie powiedział nic.
- Schodzimy- rzekła dziewczyna.
- Jesteś pewna? Przecież już tak niewiele zostało
- Nie dam rady. Chce stąd zejść.
Chłopak zrezygnowany stał chwilę w bezruchu po czym obrócił się o 180 stopni i począł schodzić w dół. Dziewczyna przed nim.
No niebywała sytuacja.
Widać już płaski przystanek na naszej trasie.
Jeszcze tylko kilka schodków i będę w tłumie ludzi podziwiał widoki.
Jestem. Oczywiście Hany przede mną. Już nawet zdążył odpocząć.
O ile w ogóle miał z czego :)
Widoki są piękne. Wyraźniej można już dostrzec głowę śpiącego rycerza oraz krzyż.
Widać także rzesze turystów stojących w kolejce do wejścia.
Idziemy tam.
Kolejka nam nie straszna. Być już tak blisko i nie wejść na szczyt byłoby grzechem. Zostało nam tylko 30 minut drogi do celu. Celu, o którym już rok temu śpiewaliśmy tak:
"Kiedy znajdziemy się na Giewoncie, strzeli mi prącie..." (do melodii "Kiedy znajdziemy się na zakręcie" :P
Jesteśmy już na skałce.
Stoimy w kolejce w sporym ścisku.
Przede mną dziewczyna z chłopakiem (para).
Za mną Hany i jakaś sympatyczna dziewczyna.
Jak to bywa w kolejce, prowadzimy konwersacje.
Z tym, że nie jest to kolejka za mięsem.
Niby nie jest, ale mięso przede mną.
Męskie mięso.
Jest taki ścisk, że opięte w białych szortach pośladki, czuję na sobie.
Ba, czuję nawet zapach owego samczego mięsa :)
Nie jest to bynajmniej zapach perfum.
Nie jest to także nieprzyjemny zapach.
Czuć wyraźnie zmęczone męskie ciało i mieszaninę słońca z testosteronem.
Pewnie tak samo jak ja jego, on czuje swoją samicę.
Następuje wytwarzanie zapachu godowego i tak oto czuję go ja.
Skoro z tym zapachem jest jak z dominem, to i Hany mnie pewnie czuje.
Jego zaś, sympatyczna dziewczyna, ją jakiś chłopak... i tak wszyscy kolejkowicze tworzą łańcuch.
No właśnie.
Jesteśmy już przy łańcuchach.
Za chwile czeka nas wspinaczka po tym żelaziwie. Mam nadzieję, że jakoś mi się uda wczołgać :)
Przed nami długi, gładki i stromy głaz. Ludzkie nogi i buty tak go wygłaskały, że lśni jak wypolerowana tafla.
Dziewczyna z pary stojącej przede mną podciąga się.
Zjeżdża w dół.
Chłopak ja podsadza za uda.
Zsuwa się w dół.
Mówi, że nie da rady.
O Dżizes- myślę. Będziemy mieli po raz kolejny do czynienia z rezygnacją ze szlaku.
No ale jesteśmy już na takiej wysokości, gdzie obowiązuje ruch jednostronny.
Znaczy się, powrotu nie ma.
Dziewczyna kładzie się brzuchem na głazie.
Chłopak prawie ją unosi trzymając za pośladki.
Ona się podciąga, przebierając rękami po ogniwach łańcucha.
On siłuje się, upycha, wpycha, zapycha, dopycha,...
Weszła :)
Teraz on, a potem ja.
Głaz rzeczywiście śliski. Oceniam, że i mi nogi będą się ześlizgiwały.
Zahaczam więc stopą o hak łańcucha i robię spory wykrok w przód drugą nogą, by sięgnąć drugiego haka.
Udało się :)
Jeszcze kilka łańcuchów i będziemy szczytować :)
Tzn. zdobędziemy szczyt.
12:50
Wyobrażałem sobie, że na szczycie Giewontu jest mało miejsca i że wchodzi się tak pojedynczo.
Jedna osoba przy łańcuchu, a druga może podejść do krzyża. Myślałem o takim porządku panującym na tychże wysokościach.
A tu...
Każdy wchodzi, idzie pod krzyż, robi zdjęcia, podchodzi kolejny turysta, pcha się pod krzyż, robi zdjęcie. Potem każdy się przepycha przez ludzi, żeby dostać się do kolejki prowadzącej do zejścia, co nie jest takie łatwe. Miejsca rzeczywiście mało, a jak do tego dojdzie mój lęk przestrzeni, to hoho.
Hany pod krzyżem. Robię Mu foto.
Teraz ja pozuję :)
Sympatyczna dziewczyna z kolejki sama proponuje zrobienie nam fotki, więc po krótkiej chwili mamy wspólną pamiątkę :)
Kolejka do zejścia wiedzie przez wydeptaną ścieżynkę o szerokości za wąskiej bym na to patrzył.
Po lewej stronie ma się skałki oraz przeciskających się turystów, a po prawej przepaść, przestrzeń. Nie patrzę w dół, choć widok jest imponujący.
Kolejka postępuje jeszcze wolniej niż ta wiodąca ku szczytowi. Dziwić się nie ma co, bo tu należy zachować podwójną ostrożność. Skałki są śliskie, ostre i chwila nieuwagi może kosztować w najlepszym wypadku otarcie.
Przy zejściu nie zawsze umieszczone są łańcuchy, więc trzeba solidnie przytrzymywać się skałek.
Po kilkunastu minutach z satysfakcją oddalamy się od szczytu. Do zobaczenia za rok rycerzu.
Kierujemy się na trawiastą polanę, z której można podziwiać piękne górskie szczyty. W tak upalny dzień, kiedy na niebie nie ma ani jednej chmurki, sporo turystów łapie tu oddech, bądź też napawa się ciszą i pięknym widokiem.
Dochodząc do upatrzonego już z oddali miejsca, czujemy na sobie spojrzenia dwójki chłopaków. Jakoś tak za bardzo się przyglądają.
Już mieliśmy siadać na ich godzinie 14-ej, aż tu nagle noga mi ujechała na śliskiej trawie i zaliczyłem przy nich glebę!
Chłopcy się uśmiechają z mojej niezdarnej sytuacji.
A co to upaść nie można?
Nie robię sobie nic z tego :)
Upadek jak upadek. Mało to razy człowiek się potknie.
Nagrodą jest bułka i soczek :)
Jemy, przeżuwamy, trawimy i widzimy jak centralnie w naszym kierunku podąża ubrany w błękitną koszulkę mulato- murzyn :)
Chyba zaraz o coś zapyta, bo idzie jakby w tym celu.
Milczymy.
Przechodzi koło nas i siada zaraz za naszymi plecami.
Tak nam się wydaje, że ci dwaj chłopcy siedzący nieopodal nas to homiki :)
Miłe szepty, uśmieszki, itp, itd.
Błogo tutaj- mówię do Męża.
Słońce tak grzeje, że można śmiało nazwać to miejsce wysokogórską plażą.
Skoro plaża, to czemu ludzie są w ubraniach?
Idąc za przykładem homiczej dwójki, zdejmuję buty, do tego stopki, a nawet decyduję pozbyć się spodenek :)
A co mi tam. Nogi se opalę :)
Trwamy tak w tym błogostanie przez jakieś 20 minut, po czym decydujemy się na zejście.
Za przebytymi skalistymi ścianami, czekają na nas znowu kamienie.
Cała masa kamieni wiodących w dół.
Po godzinie takich tąpnięć czuję jak mnie bolą "resory" :)
Znaczy się biodra i miednica.
Już sam nie wiem co lepsze.
Strome podejścia, czy długie kamieniste zejścia.
Dzwoni komórka Męża.
Tom.
Powiedział, że Mateo wybiera się z jutro z dziewczyną (?) do Zakopanego.
No więc szykuje się rodzinna niedziela.
Jutro też przyjeżdża na tydzień Miciu (siostrzeniec Hanego) ze swoją girl.
No więc poznam Roxi- mówię to Miśka szczerząc zęby.
Z Jego opowiadań, to dziewczyna, która po pierwsze, raczej dziewczyną Mateo nie jest (patrz posty Męża), a po drugie, wybucha atakami śmiechu z byle powodu :D
Oj będzie ciekawie :)
Ze szlaku wychodzimy od strony Doliny Strążyskiej.
Drugą stroną chodnika idą dwa małżeństwa.
Rozwala nas tekst obu kobiet: "...my się chcemy kurwa jakiegoś piwa napić, bo tu nie ma żadnej rozrywki".
Komentarz zbędny :)
Kilkadziesiąt metrów dalej jedzie poboczem rowerzysta.
Wiek średni.
Kilka metrów przed nami wyrywa mu się głośne beknięcie.
Reakcja mężczyzny świadczyła, że był to dźwięk niekontrolowany.
Mało co szyi z głową nie wcisnął w ramiona, krzywiąc się zawstydzony z wygiętą szczęką i wystawionym w przód językiem :)
W Pstrągu Górskim w oczekiwaniu na obiad, czuję jak piecze mnie twarz, szyja, przedramiona...
Czuje się jakbym połknął to słońce, które przyświecało nam całą drogę.
Rozpala mnie od wewnątrz.
Płonę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)























